Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna


Kolekcja Titanica NR 91

 
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kobra83




Dołączył: 13 Kwi 2012
Posty: 171
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Skąd: Gliwice
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 0:03, 14 Paź 2012    Temat postu: Kolekcja Titanica NR 91

Spis Treści: Trudny rejs powrotny do Nowego Jorku. Jeszcze raz koszmar góry lodowej. Zła pogoda.

Trudny rejs powrotny do Nowego Jorku
Rezydującego w Nowym Jorku wiceprezesa IMM Phillipa Franklina w środku nocy wyrwał ze snu dzwonek telefonu. Dzwonił dziennikarz jednej z gazet, szukający potwierdzenia wiadomości o zatonięciu „Titanica”. Od wczesnych godzin rannych Franklin starał się czegoś więcej dowiedzieć. Chciał za wszelką cenę zyskać na czasie, zanim prasa rzuci się na katastrofę jak na smaczny kąsek, niszcząc budowany przez lata wizerunek White Star Line. Franklin był pewny, że „Olympic”, płynący po Atlantyku do Europy, utrzymywał łączność z „Titanikiem”. Dlatego zaraz wysłał depeszę do kapitana bliźniaczej jednostki, Fłerberta Jamesa Haddocka. Żeby nie wywoływać niepotrzebnej paniki, ograniczył się do prośby o skontaktowanie się z „Titanikiem” i podanie jego pozycji siedzibie kompanii żeglugowej w Nowym Jorku. W tym samym czasie współpracownicy Franklina stawili się w biurach, by być do dyspozycji wiceprezesa i w razie potrzeby obliczyć w jakiej odległości od statku flagowego znajdują się inne jednostki, które mogłyby przybyć mu z pomocą: „Baltic”, „Olympic” i „Virginian”.

Poranne dzienniki w Stanach Zjednoczonych przyniosły wiadomość o zatonięciu "Titanica", a także listy - na razie niepełne - uratowanych i zaginionych. W ten sposób rozpoczynała się epopeja najsłynniejszej katastrofy na morzu.
[link widoczny dla zalogowanych]

Wszystkie poranne dzienniki w Nowym Jorku na pierwszej stronie wielką czcionką podały, że największy transatlantyk świata zderzył się w nocy z górą lodową i nadał wezwanie pomocy. Jednak - poza jednym tytułem - prasa nie straciła wiary w stuprocentowe bezpieczeństwo jednostki i jej „niezatapialność”. Tylko „New York Times” zaryzykował i uzasadniając swoje przypuszczenia przerwaniem łączności radiowej z „Titanikiem”, podał, że „niezatapialny” transatlantyk, cudo nowoczesnej techniki, poszedł na dno.
Po drugiej stronie Atlantyku wiadomość o nada­niu przez „Titanica” sygnału S.O.S. wywołała piorunujące wrażenie. Żona prezesa Ismaya natychmiast przerwa­ła wakacje w Fishguard i wraz z dziećmi wróciła do Liverpoolu. Liczyła na to, że bezpośrednio w siedzibie White Star Line będzie mogła dowiedzieć się czegoś więcej o katastrofie flagowca. Do Liverpoolu przyjechała także córka Ismaya, Margaret, która dopiero co wróciła do Londynu z podróży poślubnej. Natomiast do Southampton, gdzie mieszkała większość załogi wspaniałego transatlantyku, przybyła część ich krewnych, ponieważ zgodnie z umową kompania była zobowiązana wypłacić im połowę usta­lonej płacy. W porcie zebrał się tłum kobiet. W oczekiwaniu na informacje snuły przeróżne domysły na temat niepokojącej wiadomości, pocieszając się, że przecież statek jest niezatapialny. Pracownicy portu milczeli i wydawało się, że nikt nie wie nic bliższego. Los statku pozostawał tajemnicą.

Jedno z najsłynniejszych zdjęć w historii "Titanica". Za pomocą tego jednego ujęcia fotografowi udało się podsumować atmosferę poniedziałkowego poranka. Przedstawia ono małego gazeciarza na londyńskiej ulicy, przykrytego w połowie plakatem z informacją dnia, w otoczeniu przechodniów, z niedowierzaniem przeglądających gazety.
[link widoczny dla zalogowanych]

Jeszcze raz koszmar góry lodowej
Po pierwszej nocy spędzonej na „Carpathii” pasażerowie i załoga transatlantyku, który przez pięć dni cieszył się mianem najwięk­szego i najbardziej luksusowego parowca na świecie, zaczęli stop­niowo wracać do gorzkiej rzeczywistości. W ich oczach nietrud­no było wyczytać, że choć uszli z życiem, w tym samym stopniu co inni są ofiarami katastrofy: wszyscy stracili majątek, niektórzy cały, a przede wszystkim wszyscy niemal stracili kogoś bliskiego. Patrząc z zazdrością na panią Becker otoczoną przez troje dzieci, niektórzy mieli śmiałość zapytać, jak udało im się uratować.
Za tym pytaniem kryło się inne, gorzkie pytanie: dlaczego Nellie miała tyle szczęścia, podczas gdy całe rodziny na zawsze pochło­nął ocean.
Większość kobiet po przebudzeniu musiało przyjąć do wiado­mości, że już nigdy nie będą mogły wziąć w ramiona swoich mężów. Część z nich zebrała się w jadalni, by tam wspólnie opła­kiwać zmarłych i ze skrawków wspomnień układać coś na kształt wielkiej mozaiki, odtwarzać ostatnie, dramatyczne momenty, przywołując w pamięci swych bliskich. Wszystkie były zgodne co do tego, że gdyby zdawały sobie sprawę z czekającego ich bliskich losu, nie zostawiłyby ich samych. Na widok mężczyzn na usta samo cisnęło się im pytanie:
-Jak udało się panu uratować? W której szalupie?
Można było odnieść wrażenie, że te zrozpaczone kobiety wierzą, iż uporczywe pytania i próby odtworzenia ostatnich chwil „Titanica” w jakiś tajemniczy sposób przywrócą życie ich bli­skim, a jeśli nie, to przynajmniej przyniosą odpowiedź na niezli­czone „gdyby” i „ale” wypełniające myśli wszystkich, którzy szukali uzasadnienia tragedii. Dwunastoletnia Ruth Becker

Wydaje się jakby tragedia "Titanica" w ogóle nie dotknęła tych pasażerów pierwszej klasy. W futrze - lady Duff Gordon z mężem Cosmo Duff Gordon, obok nich sekretarka Laura Francatelli. Gdyby nie ich egoizm, szalupa, w której się uratowali, mogła zabrać jeszcze bardzo wielu rozbitków.
[link widoczny dla zalogowanych]

nie czuła się wyspana po nocy spędzonej na przydzielonej jej na tę noc koi jednego z człon­ków załogi „Carpathii”. Sypial­nia znajdowała się w pobliżu maszynowni i głuchy, nieustają­cy warkot maszyn nie pozwolił jej zmrużyć oka. Rano, podob­nie jak wiele innych kobiet udała się razem z matką do jadalni. Jednak po jakimś czasie, nie mogąc znieść płaczu i rozpaczy kobiet, wyszła na pokład poszukać rówieśników do zabawy, albo przynajmniej pochodzić po statku i poszukać czegoś ciekawego.
Jack Thayer znalazł się w gronie nielicznych, którzy mieli szczę­ście spać w prawdziwym łóżku, w miękkiej piżamie podarowanej mu przez jednego z pasażerów „Carpathii”. Dano mu też kieli­szek brandy do wypicia przed snem. Alkohol napełnił jego ciało przyjemnym ciepłem i sprawił, że chłopak spał jak kamień, a następnego ranka obudził się niezwykle wypoczęty. Po chwili dopiero zdał sobie sprawę z tragedii, z której jakimś cudem udało mu się uratować. Postanowił wówczas utrwalić w jakiś sposób przeżycia tej nocy. W tym celu opisał je L.D. Skidmo- re’owi, a ten w oparciu o jego wskazówki wykonał serię szkiców, przedstawiających najważniejsze momenty katastrofy. Życie powoli wracało do normy. Trzeba było pogodzić się ze śmiercią najbliższych. W opo­wiadaniach rozbitków pojawiały się coraz bar­dziej fantastyczne szczegóły, mające albo wypełnić luki w pamię­ci, albo uzasadnić zachowania niekoniecznie powodowane altru­izmem i odwagą.
Jedną z osób snujących tego rodzaju fantastyczne opowieści był Robert Hitchens, sternik, któremu powierzono dowodzenie sza­lupą ratunkową nr 6. Hitchens w barwny sposób opisywał niezli­czone trudności, z jakimi musiał sobie poradzić, by utrzymać w szalupie dyscyplinę i skłonić pasażerów do wiosłowania. Podkreślał wielokrotnie, że przez cały czas postępował zgodnie z roz­kazami kapitana Smitha. Sporo grupka pasażerów „Carpathii” słuchała go w niemym podziwie i dopiero niespodziewane przy­bycie kilku kobiet, m.in. Molly Brown, pokrzyżowało mu szyki. Zamilkł i czym prędzej opuścił zasłuchane towarzystwo, obawia­jąc się, że kobieta, która poprzedniej nocy praktycznie przejęła dowodzenie, wyjawi tym ludziom prawdę o jego postępowaniu. Walcząc o życie, kiedy statek szedł na dno, jak i później, w szalu­pach ratunkowych, wielu rozbitków odniosło rany, często bardzo poważne. Pułkownik Archibald Gracie dopiero na pokładzie „Carpathii” zorientował się, że jest w stanie godnym pożałowania. Na całym jego ciele widniały ślady ciężkiej walki, którą stoczył z oceanem, by nie zostać pochłoniętym na głębokość czterech tysięcy metrów. Efektem tych zmagań był wstrząs mózgu, niezli­czone sińce, a na udach rany cięte z wyraźnymi początkami infekcji.

[link widoczny dla zalogowanych]

Na pokładzie "Carpathii". W czasie gdy cały świat usiłował się dowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się tej nocy, rozbitkowie na pokładzie "Carpathii" usiłowali powrócić do rzeczywistości i zrozumieć, jak mogło dojść do takiej katastrofy.

[link widoczny dla zalogowanych]

Dwaj oficerowie z „Titanica”: Lightoller i Pitman kilkakrotnie odwiedzali go w kabinie, w której na sąsiedniej koi umieszczono Hugh Woolnera. Jak nietrudno przewidzieć, po chwili rozmowa ze stanu zdrowia przeszła na katastrofę. Coraz częściej padały pytania mające wspólny mianownik: czy tej tragedii można było uniknąć?
Każdy z siedmiuset pięciu ocalałych był mniej łub bardziej naocz­nym świadkiem katastrofy „Titanica”, każdy z nich znał niewiel­ką cząstkę prawdy. Ułożenie tych elementów w całość nie było zadaniem łatwym. Poza tym w interesie niektórych leżało zafał­szowanie prawdy. Ci, chcąc się oczyścić z zarzutów, posuwali się do opowiadania epizodów całkowicie nieprawdopodobnych. W ten sposób zaczęły się rodzić legendy na temat owej tragicznej niedzieli na Atlantyku, a dziennikarze, dla których katastrofa „Titanica” była niezwykle smakowitym kąskiem, sprawili, że legenda ta rozrosła się do niezwykłych rozmiarów.
Ktoś twierdził, że widziano, jak kapitan Smith popełnia samo­bójstwo na mostku kapitańskim. Ktoś inny z kolei widział, jak ratuje dziecko, a potem ginie w odmętach oceanu. Niektórzy twierdzili, że wyraźnie słyszeli, iż orkiestra grała do ostatniej chwili, a kiedy „Titanic” szedł na dno, rozbrzmiewały dźwięki hymnu „Nearer My God to Thee”. Równolegle do tych fantastycznych wersji coraz wyraźniej ryso­wała się gorzka rzeczywistość i coraz natarczywiej pojawiały się pytania: czy doszło do zaniedbań w czasie rejsu, czy zlekceważono niebezpieczeństwo?

Kapitan Smith, podobnie jak jego statek, wkrótce stał się częścią legendy. Jego śmierć, której okoliczności są nieznane do dzisiaj, okryła go chwałą. Jego ostatnie słowa: "Be British" - "bądźcie Brytyjczykami" były dokładnie takie, jakich spodziewano się po kapitanie angielskiego statku, prawdziwym spadkobiercy tradycji admirała Nelsona.
[link widoczny dla zalogowanych]

Drugi oficer, Charles Herbert Lightoller, rozmawia­jąc w nocy z młodszym radiotelegrafistą Haroldem Bridem, który podobnie jak on spędził noc na stęp­ce wywróconej łodzi B, odkrył, że nie wszystkie depesze odebrane przez radiotelegrafistów „Titanica” trafiły na mostek. Taki los spotkał niestety depeszę przesianą z parowca „Mesaba”, zawierającą ostrzeżenie przed pakiem i licznymi górami lodowymi. Trudno się było z tym pogodzić.
Nawet ktoś tak łagodny jak Lawrence Beesley wziął oficerów w krzyżowy ogień pytań i ostatecznie zdo­łał z nich wydobyć, że w związku z ryzykiem zde­rzenia z górą lodową należało zwolnić, ale niestety, nikt nie wydał takiego rozkazu. Informacja ta była dla Beesley’a strasznym ciosem, oznaczało bowiem jedno: to, co się wydarzyło owej nocy, nie było zwykłym pechem, lecz w jakiejś mierze spowodowane było zaniedba­niami. Tragedii można było uniknąć.
Richard Norris Williams II widział, jak jego ojciec tonie, lecz nie był w stanie mu pomóc. Sam zdołał się uratować, ostatkiem sił dopływając do wypełnionej lodowatą wodą łodzi A. Później przez wiele godzin siedział z nogami skostniałymi z zimna. Lekarz, który go przebadał na „Carpathii” stwierdził w jednej nodze początki gangreny i uznał, że konieczna będzie amputacja. Williams jednak nie zgodził się i postanowił sam poradzić sobie z chorobą. Uznał, że musi spowodować, by krew zaczęła znowu krążyć w jego żyłach i tętnicach. Przez całą noc i cały dzień co dwie godziny chodził po pokładzie, nie zważając na silny ból. Jego wysiłek opłacił się, bowiem po kilku godzinach odzyskał czucie w zainfekowanej nodze.

Tenis przyniósł szczęście Richardowi Norrisowi Williamsowi II (po lewej) i Karlowi Howellowi Behrowi (po prawej). Ci dwaj mistrzowie tenisa należeli do amerykańskiej drużyny startującej w Pucharze Davisa. Zresztą kilka lat później udało im się zdobyć to trofeum. Uratowali się z katastrofy dzięki temu, że byli młodzi, wysportowani i w doskonałej formie fizycznej. Williamas o mało nie stracił nogi, ale dzięki sile charakteru i uporowi, zdołał uniknąć amputacji.
[link widoczny dla zalogowanych]

Zła pogoda
W czasie drugiej nocy na „Carpathii”, niewiele po dwunastej w nocy, niezwykła flauta, która aż do tej chwili towarzyszyła pasażerom „Titanica”, nagle skończyła się, a na niebie pojawiły się ciemne chmury. Karl Howell Behr, świetny tenisista, członek amerykańskiej drużyny startującej w zawodach o Puchar Davisa, podróżował „Titanikiem” w pierwszej klasie i uratował się w szalupie nr 5 wraz z grupą przyjaciół i narzeczoną. Tej nocy znalazł sobie miejsce w palarni, na jednym ze stołów do gry. Nagle ze snu wyrwał go niespodziewany hałas. „Góra lodowa” - przemknęło mu przez myśl. Zerwał się na równe nogi i ruszył biegiem do kabiny, w której spała jego narzeczona, Helen Newsom. Jednak kiedy znalazł się na pokładzie szalupowym odkrył z radością, że przyczyną hałasu nie było zderzenie z górą lodową, lecz burza. Niebo przecinały błyskawice, grzmiało coraz groźniej. Behr uspo­kojony wrócił na swój stół, rezygnując z budzenia Helen. Następnego dnia warunki pogodowe były równie trudne. Nie było mowy o wychodzeniu na pokład szalupowy, więc pasażero­wie musieli się tłoczyć w zamkniętych pomieszczeniach, pod pokładem. W tej sytuacji nikomu nie było łatwo: ani pasażerom „Carpathii”, dla których miał to być przyjemny rejs w kierunku Morza Śródziemnego, ani rozbitkom. Atmosfera stała się jeszcze bardziej ponura, kiedy w regularnych odstępach czasu zaczęła wyć syrena. Silna mgła niezwykle utrudniała nawigację, a przej­mujący dźwięk syreny napawał szczególnym smutkiem wdowy po mężczyznach, którzy zginęli w katastrofie „Titanica”. Zmęczenie coraz silniej dawało o sobie znać, nic więc dziwnego, że kilka osób nie wytrzymało napięcia.
Winnie Troutt, która do tej chwili niezwykle dzielnie znosiła wszelkie przeciwności, dostała nagle ataku nerwowego. Zapewne dziecko, które powierzono jej, kiedy wchodziła do szalupy nr 16, pomogło jej dzielnie stawić czoła próbie. Mając w objęciach to małe zawiniątko nie mogła myśleć o sobie, lecz o owej maleńkiej, bezbronnej istocie. Kiedy znalazła się na „Carpathii”, wraz z pomocą jednego z członków załogi zaczęła szukać matki dziecka. Do tej chwili wytrwała, ale burzowa pogoda w środę sprawiła, że jak żywe stanęły jej przed oczami twarze przyja­ciół, z którymi spędziła niezapomniane wieczory w czasie podróży. Napięcie prysło i kobieta osunęła się na podłogę niczym mario­netka. Pokładowy lekarz postarał się, by przy­dzielono jej prawdziwe łóżko zamiast stołu, na którym spędziła poprzednie noce. Kilka łyków brandy rozgrzało ją nieco i dodało siły. Ale katastrofa była tak silnym przeżyciem, że niełatwo było wrócić do siebie, także w sensie fizycznym.

Symbol tragedii "Titanica". W czasie rejsu do nowego Jorku w pobliżu "Carpathii" widziano liczne góry lodowe. Dla rozbitków stanowiły one przedłużenie koszmaru tragicznej nocy i sprawiały, że nieustannie powracali myślą do tamtych tragicznych chwil.
[link widoczny dla zalogowanych]

Po piekle, które rozbitkowie przeżyli owej tragicznej nocy, także teraz, na „Carpathii”, ich sytuacja nie była prosta. Minęło pierw­sze uczucie ulgi, a rzeczywistość wcale nie była prosta. Rozbitko­wie musieli stawić czoła niezliczonym trudnościom związanym z zatłoczeniem. Podwojenie liczby pasażerów na „Carpathii” spowodowało, że trzeba było nie tylko spać na niezbyt wygod­nych posłaniach, ale pogodzić się z racjonowaniem żywności zaleconym przez kapitana Rostrona i stać w długich kolejkach do łazienek. Choć mogło być gorzej, na szczęście bowiem „Carpathia” tym razem nie miała na pokładzie kompletu pasażerów. Zazwyczaj w czasie rejsów do Europy podróżowało nią mniej osób niż w przeciwnym kierunku, kiedy to na statek wsiadali emigranci.
Burza nie przechodziła, a wszędzie panowała straszna wilgoć. Wreszcie w czwartek po południu „Carpathia” dotarła do Fire Island, charakterystycznej przez swoją przeciwmgielną latarnię morską. Napię­cie wśród rozbitków nieco zmalało. Za pięć godzin mieli przybić do nabrzeża w Nowym Jorku. Tragiczna epopeja dobiegała końca.
Nikt nie liczył na to, że uda mu się zapomnieć o krzykach rozbitków tonących w lodowatych wodach Atlantyku, ale nikt nie wyobrażał sobie, że na molo będzie czekał taki tłum krewnych, przyjaciół i przede wszystkim dziennikarzy. Legenda „Titanica” nie umarła wraz z zatonięciem statku. Przybycie rozbitków do Nowego Jorku oznaczało dopiero jej początek.

Z godziny na godzinę przed biurami White Star Line zbierał się coraz większy tłum czekających na informacje o wypadku i losie pasażerów.
[link widoczny dla zalogowanych]

W następnym numerze między innymi: Pierwsze wiadomości w gazetach. "Carpathia" dobija do nabrzeża.

Źródło: "Titanic" zbuduj sam. Kolekcja Hachette.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

Bright free theme by spleen stylerbb.net & programosy.pl
Regulamin