Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna


Kolekcja Titanica NR 90

 
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kobra83




Dołączył: 13 Kwi 2012
Posty: 171
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Skąd: Gliwice
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 0:06, 12 Paź 2012    Temat postu: Kolekcja Titanica NR 90

Spis Treści: Poniedziałek rano. Prezes White Star Line. Pierwsza noc na "Carpathii".

Poniedziałek rano
Kiedy koło czwartej nad ranem „Carpathia" dostrzegła pierwsze szalupy ratunkowe dryfujące po oceanie i rozpoczęła operację przyjmowania na pokład rozbitków, załoga „Californiana” zaczynała przygotowywać się do podjęcia przerwanej na noc nawigacji. Starszy oficer George Frederick Stewart zluzował na mostku drugiego oficera Herberta Stone’a. Okazało się, że tajemnica statku stojącego na horyzoncie, który wystrzelił osiem rakiet, po czym zniknął, jeszcze bardziej się skompli­kowała. O 3.30 także z południa, ale z innego miej­sca niż poprzednio, w niebo ponownie wystrzeliła rakieta, więc Stewart uznał, że należy poinformować o tym kapitana Stanley’a Lorda. Ten jednak - podobnie jak poprzednio - odparł, że wie o wszyst­kim i że nie warto zaprzątać sobie tym głowy. Dopiero o 5.30 Stewart obudził radiotelegrafistę Cyrila Evansa i kazał mu sprawdzić, jakie statki znajdują się w tym samym rejonie co „Californian”. Radiotelegrafista usiadł przy kluczu telegraficznym, lecz nie minęły dwie minuty, kiedy zrzucił słuchaw­ki, wybiegł z kabiny i co sił w nogach pobiegł na mostek powiadomić kapitana o depeszy nadanej z parowca „Frankfurt”. Niemiecki parowiec infor­mował w niej o zatonięciu statku na Północnym Atlantyku. Słysząc to, starszy oficer wysłał go z powrotem do kabiny radiowej i polecił dowie­dzieć się, o jaki statek chodzi.
Po kilku minutach radiotelegrafista był znowu na mostku.
- Melduję, że to „Titanic”. Zderzył się z górą lodową i zatonął.
Stewart bezzwłocznie poinformował kapitana. Tym razem Lord nie mógł po raz kolejny zlekceważyć sytuacji i udawać, że nic się nie stało. Kazał natych­miast wziąć kurs na ostatnią zasygnalizowaną pozycję „Titanica”. Polecił też wykonać z kosza na węgiel rodzaj dodatkowego bocianiego gniazda. W środku ulokował się marynarz, a kosz został podniesiony na maszt dziobowy tak, by znajdował się wyżej od bocianiego gniazda. Drugi obserwator miał wspomóc pierwszego przy wypatrywaniu gór lodowych, a zarazem przy poszukiwaniu jakichkolwiek śladów zatonięcia „Titanica”.

Wciąganie szalup ratunkowych "Titanica" na pokład "Carpathii". Kiedy operacja dobiegła końca, statek wraz ze swoim smutnym ładunkiem opuścił wody, na których doszło do tragicznego wypadku.
[link widoczny dla zalogowanych]

Prezes White Star Linę
W blasku słońca, które ogrzewało powietrze, rozpraszając nocny chłód, ocean przedstawiał przepiękny widok. Na niezmierzonej przestrzeni Atlantyku gdzieniegdzie widniały nieregularne syl­wetki, na pierwszy rzut oka przypominające statki, które jednak - jeśli wpatrzyć się w nie dłużej - okazywały się górami lodowy­mi. Nie można było nie dostrzec uderzającego kontrastu między cudowną naturą, a tragedią, która tej nocy rozegrała się na tych spokojnych wodach właśnie z powodu jednej z tych niezwykłych gór lodowych.
Na pokładzie statku, przybyłego z pomocą rozbitkom uratowa­nym na kruchych szalupach ratunkowych, robiło się coraz bar­dziej tłoczno. Oprócz pasażerów szalup, którzy wchodzili na pokład po sznurowych drabinkach, schodzili się tam pasażerowie „Carpathii”, od świtu śledzący akcję ratunkową z ciekawością pomieszaną ze współczuciem. Tragedia tej nocy pozostawiła na rozbitkach z „Titanica” wyraźne oznaki ciężkiej próby, jakiej zostali poddani. W porwanych ubraniach, przemarznięci do szpiku kości, ze stopami napuchniętymi od lodowatej wody i sińcami na całym ciele, ci nieszczęśnicy w milcze­niu wchodzili na pokład i niczym cienie przesuwali się przed oczami kapitana Arthura Rostrona. Patrząc na nich, kapitan od razu pojął, że ewakuacja „Titanica” została przeprowadzona w wielkim pośpiechu. Rozbitkowie, świadomi, że znaleźli się w gronie wybrańców, nie­licznych, do których tej nocy uśmiechnęło się szczęście, stawali przy relingu „Carpathii” i wpatrywali się w hory­zont, jakby licząc na to, że na tej mieniącej się połaci oce­anu dostrzegą jakiś znak życia swoich bliskich. Operacja przejmowania na pokład rozbitków z szalup trwała aż cztery godziny. Wreszcie warkot silników goto­wych do dalszej drogi wyznaczył koniec poszukiwań.

Kapitan Rostrom w otoczeniu swoich oficerów na zdjęciu wykonanym dla upamiętnienia ich bohaterskiej postawy w czasie akcji ratunkowej po katastrofie "Titanica". "Carpathia" jako jedyna zareagowała natychmiast na wezwanie nadane przez "Titanica", choć inne jednostki znajdowały się bliżej. Było to zasługą jej kapitana, który właściwie ocenił sytuację, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa grożącego setkom pasażerów transatlantyku.
[link widoczny dla zalogowanych]

Rozbitkowie zostali poproszeni o zejście na niższe pokłady. Kobiety musiały się pogodzić z tym, że nigdy już nie wezmą w objęcia swoich mężów i synów, pozostałych na pokładzie „Titanica” z powodu niewystarczającej liczby szalup ratunko­wych. Nie wszystkie potrafiły to przyjąć. W kilku przypadkach załoga „Carpathii” musiała interweniować. Oficerowie starali się z wielką łagodnością przekonać zrozpaczone kobiety, że dalsze wypatrywanie nie ma sensu i sprowadzić je na niższe pokłady. Pragnąc pomóc pogrążonym w rozpaczy rozbitkom pogodzić się ze stratą najbliższych, kapitan zarządził wspólne modlitwy. Pasa­żerowie „Titanica” najpierw odmówili głośno modlitwy dziękczynne, a następnie odprawiono nabożeństwo żałobne za dusze ofiar katastrofy.
„Carpathia” jeszcze przez jakiś czas wypatrywała rozbitków na miejscu katastrofy. W tym czasie kapitan Rostron zastana­wiał się, jaki kurs obrać. Wresz­cie postanowił porozmawiać z prezesem White Star Line, który po wyjściu z szalupy C został zaproszony do kabiny lekarza pokładowego, doktora Franka McGhee.
Bruce Ismay wyglądał na bardzo zmęczonego. Odrzucił wszelkie propozycje pomocy, zamknął się i pogrążył w rozpaczy Kapitan Rostron zapytał go delikatnie, czy nie należałoby zawiadomić o wydarzeniu głównej siedziby kompanii w Nowym Jorku. Na jego słowa Ismay skreślił na kartce krótką depeszę:
„Z przykrością informuję, że po północy w wyniku zderzenia z górą lodową «Titanic» zatonął. Jest wiele ofiar. Dalsze informa­cje zostaną przesłane później. Bruce Ismay”. Wręczył ją kapitano­wi, pytając jedynie, czy wystarczy.
-Tak - odparł Rostron i dodał:
-Czy mam zawiadomić przez radio „Olympica”, by mimo to przypłynął tutaj i zabrał na pokład rozbitków?
-Nie, nie trzeba - odpowiedział prezes White Star Line, nie tłu­macząc powodów swojej decyzji. W tej sytuacji kapitan „Carpathii” oddalił się, zostawiając Ismaya - prezesa kompanii żeglugo­wej, który tej nocy stracił statek flagowy z 1500 pasażerami na pokładzie, jego własnym myślom. Rostron miał trzy możliwości: kontynuować nawigację w kierun­ku Morza Śródziemnego zgodnie z wcześniejszymi założeniami, udać się do najbliższego portu, jakim był Halifax, z czym jednak wiązało się ryzyko napotkania kolejnych gór lodowych, wreszcie wziąć kurs na Nowy Jork, który był zarazem docelowym portem dla „Titanica”.
Po namyśle wybrał ostatnie rozwiązanie. Powiadomiwszy o nim Ismaya, wysłał depeszę do swojej kompanii żeglugowej - Cunard Line z prośbą o potwierdzenie.
Kilka minut przed ósmą na miejsce katastrofy przybył „Californian” i natychmiast nawiązał łączność z „Carpathią” za pośrednic­twem chorągiewek sygnalizacyjnych. Kapitan Arthur Rostron poinformował kapitana Lorda o tym, że postanowił płynąć do Nowego Jorku i poprosił, by „Californian”pozostał w miejscu zatonięcia „Titanica” i zajął się wyławianiem z wody ciał zmarłych. „Carpathia” wzięła wreszcie kurs na Nowy Jork, płynąc wzdłuż wielkiego pola lodowego, które w tym roku rozciągało się wyjąt­kowo daleko na południe.

Grupa rozbitków na pokładzie szalupowym "Carpathii". Po strojach widać, że tragedia zaskoczyła wielu pasażerów w czasie odpoczynku lub wręcz snu w kabinach. Na szczęście załoga i pasażerowie statku "Carpathii" troskliwie się nimi zajęli, dostarczając suchych ubrań i koców. Zresztą zaraz po wyruszeniu na pomoc "Titanicowi" kapitan "Carpathii" kazał przygotować kabiny, koce, ubrania i żywność dla rozbitków.
[link widoczny dla zalogowanych]

W tym czasie pokłady „Carpathii” stały się teatrem niestrudzo­nych poszukiwań. Ocaleli z katastrofy chodzili po pokładzie, szukając swoich bliskich, czy przynajmniej kogoś, kto byłby w stanie cokolwiek na ich temat powiedzieć i opisać okolicz­ności, w jakich widział ich po raz ostatni. Zgodnie z obietnicą daną młodej Niemce z szalupy nr 13, opłaku­jącej swego zaginionego synka, dwunastoletnia Ruth Becker roz­poczęła poszukiwania. W pewnym momencie do jej uszu dobiegł znajomo brzmiący, dziewczęcy głos. Jego właścicielka - znajoma z „Titanica” przyniosła Ruth wspaniałą wiadomość. Jej matka także uratowała się z katastrofy i właśnie szukała jej po całym statku. Nie posiadając się z radości, Ruth czym prędzej pobiegła do matki i rodzeństwa: Marion i Richarda. Radość stała się także udziałem młodej Niemki, po chwi­li bowiem i jej udało się odnaleźć dziecko. Ściskała je teraz w ramio­nach, płacząc z radości.
Takie szczęście spotkało także członków rodziny Dodge. Mały Washington Jr, zaledwie czterolet­ni, jako pierwszy wypatrzył w tłu­mie rozbitków swego ojca. Jednak nie zdając sobie sprawy z tragedii, sądził, że ojciec bawi się z nim w chowanego. Pomysł zabawy bardzo przypadł mu do gustu, więc nie od razu podzielił się tą wiado­mością z matką. Poczuł się bardzo rozżalony, kiedy matka, dowie­dziawszy się o tym, ostro go zbeształa.
Dzięki pomocy stewarda Fredericka Raya, który wepchnął Washingtona Dodge’a do szalupy ratunkowej, teraz doktor mógł ponownie wziąć w objęcia żonę i syna. Oprócz pani Dodge tylko trzy pasażerki „Titanica” odnalazły mężów na pokładzie „Carpathii”. Także dopiero na pokładzie pani Marian Thayer odnalazła swego syna, Jacka. Targały nią sprzeczne uczucia: z jednej strony radość z odnalezienia syna, z drugiej - rozpacz z powodu straty męża.
Wiadomość o zatonięciu „Titanica” szybko obiegła Nowy Jork, ponieważ informacja o zderzeniu z górą lodową i prośba o natychmiastową pomoc nadane przez Jacka Phillipsa zostały przekazane dalej przez lądową stację nadawczo-odbiorczą Cape Race. Amerykań­ski wiceprezes IMM, Philip A. S. Franklin, dowie­dział się o katastrofie nie od swoich podwładnych, lecz od dziennikarza, który zadzwonił do niego nocą, prosząc o potwierdzenie informacji o zato­nięciu „Titanica”. W pierwszej chwili Franklin uznał tę wiadomość za kaczkę dziennikarską.
Uwierzył dopiero wtedy, kiedy dziennikarz wyja­śnił, że informacja została nadana w eter przez „Virginian”. Franklin był tak zaskoczony, że nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Kiedy tylko odło­żył słuchawkę, zadzwonił do portowego biura kompanii, gdzie wiadomość potwierdzono, nie podając jednak żadnych szczegółów. Franklin natychmiast pomy­ślał, że tego rodzaju tragedia będzie dla kompanii ogromnym cio­sem. Czym prędzej zadzwonił więc do Associated Press, prosząc, by nie ujawniano wiadomości, póki nie zostanie ona potwierdzo­na. Niestety było już za późno.
- Już poszło do druku - odparł lakonicznie pracownik Associated Press.

Telegram przesłany z pokładu "Carpathii" do nowojorskiej agencji Associated Press. Była 8.20 15 kwietnia 1912 roku i wkrótce cały świat miał się dowiedzieć o zatonięciu "Titanica". Liczba ofiar katastrofy została podana dopiero później.
[link widoczny dla zalogowanych]

Pierwsza noc na „Carpathii”
W poniedziałek „Carpathia” szczęśliwie przebyła południowy pas pola lodowego. O zmroku niebezpieczeństwo spotkania gór lodo­wych miała już za sobą. Kapitan mógł wreszcie odetchnąć z ulgą. Przez cały czas zarówno załoga, jak i pasażerowie, współzawod­niczyli między sobą w udzielaniu pomocy i trosce o rozbitków. Co chwilę ktoś przynosił im ubrania, żywność i wszystko, co tylko było potrzebne i w jakikolwiek sposób mogło zatrzeć pamięć strasz­nej nocy spędzonej w szalupach. Wieczorem trzeba było znaleźć dla rozbitków miejsca do spania. Wielu pasażerów „Carpathii” dobrowolnie oddało nieszczęśnikom z „Titanica” swoje kabiny i koję, niemniej i tak
miejsc nie wystarczało. Konieczne stało się przekształcenie jadalni w sypialnie dla kobiet i dzieci, a palarni - w sypialnie dla mężczyzn. Kiedy okazało się, że i to nie wystar­czy, zaczęto układać materace bezpo­średnio na podłodze w korytarzach. Kiedy zabrakło i materaców, posłania zaczęto przygotowywać z koców.
Po piekielnej nocy spędzonej w szalu­pie nr 13 Lawrence Beesley uznał za wręcz luksusowe posłanie, które przypadło mu w udziale, choć był to zwykły stos ręczników ułożony na podłodze w łazience. Jednak mimo tego wyścigu ludzkiej solidarności wśród ocalałych z kata­strofy nie zabrakło i oportunistów, lekceważących cierpienie drugich i myślących wyłącznie o własnej wygodzie. Należał do nich samozwańczy baron Von Drachstedt, czyli Alfred Nourney, zawodowy gracz w karty. Zawsze troszczył się tylko o siebie, a tragedia „Titanica” w najmniejszym stopniu nie wpłynęła na jego postawę. Kiedy tylko zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa grożącego transatlantykowi, nie zważając na to, że na ratunek czekają setki kobiet i dzieci, ulokował się w pierwszej szalupie spuszczanej na morze. Kiedy znalazł się na „Carpathii”, obojętny na otaczające go cierpienie ludzkie, nadal myślał tylko o sobie. Wkrótce dostrzegł stos koców, ułożony w palarni pierwszej klasy. Koce te miały być rozdane rozbitkom, bowiem niektórzy z nich ciągle mieli na sobie ubrania, w jakich zostali uratowani. Należał do nich np. Olaus Abelseth, śpiący teraz wprost na podłodze w tym samym, porwanym w strzępy ubraniu, które miał na sobie w składanej łodzi A. Nie zważając na to, Nourney położył się na stosie koców, robiąc sobie z niego swoje prywatne łóżko.
Po chwili do palarni przyszła po koce jakaś kobieta. Widząc go, wpadła w taką złość, że rzuciła się na niego niczym furia i siłą ściągnęła go na podłogę.
- Coś podobnego! Jak ktoś tak obrzydliwy jak pan mógł się uratować? - krzyczała, wywołując aplauz wśród świadków zajścia.
W kabinie radiowej radiotelegrafista Thomas Cottam nadawał i odbierał depesze. Od chwili odebrania S.O.S. z „Titanica” ani na chwilę nie opuścił stanowiska pracy, ponieważ konieczne było utrzymanie nieprzerwanej łączności z innymi jednostkami. Po przyjęciu na pokład rozbitków Cottam otrzymał mnóstwo depesz do nadania, bowiem pasażerowie chcieli uspokoić swoich krewnych i przyjaciół oczekujących na ich przybycie w Nowym Jorku.
Kapitan kazał także sporządzić listę ocalałych z katastrofy. Znalazło się na niej 705 osób. Listę przesłano na „Olympica”, by ten z kolei przesłał ją do stacji lądowej, która miała ją przeka­zać kompanii żeglugowej.

Po wejściu na pokład "Carpathii" rozbitkowie próbowaniu się nawzajem pocieszać i wytłumaczyć sobie jakoś przyczyny tragedii, która ich spotkała. Natychmiast wyszły na jaw różnice w sposobie traktowania pasażerów poszczególnych klas oraz w postawie oficerów nadzorujących akcję ratunkową. Zdjęcie przedstawia państwa Harder rozmawiających z panią Hays, która w katastrofie "Titanica" straciła męża.
[link widoczny dla zalogowanych]

W następnym numerze między innymi: Trudny rejs powrotny do Nowego Jorku. Jeszcze raz koszmar góry lodowej.

Źródło: "Titanic" zbuduj sam. Kolekcja Hachette.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Kobra83 dnia Pią 0:07, 12 Paź 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

Bright free theme by spleen stylerbb.net & programosy.pl
Regulamin