Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna


Kolekcja Titanica NR 85

 
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kobra83




Dołączył: 13 Kwi 2012
Posty: 171
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Skąd: Gliwice
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 0:01, 02 Paź 2012    Temat postu: Kolekcja Titanica NR 85

Spis Treści: Początek końca. Ostatnia nadzieja: skok do wody. Thomas Andrews poddaje się.

Początek końca
Koniec transatlantyku byl coraz bliższy. Z dolnych pokładów dochodził coraz głośniejszy brzęk zastawy stołowej. Rosnący przechył statku sprawiał, że setki talerzy, szklanek, kieliszków, waz, sosjerek i półmisków z doskonałej porcelany zsuwały się z półek i stołów i rozbijały w drobny mak. Akcją ratunkową na lewej burcie nadal kierował Charles Herbert Lightoller. Podszedł właśnie do składanej szalupy D i ku swemu zaskoczeniu zobaczył, że w środku ukryło się kilku mężczyzn. Skuleni w ciemności liczyli na to, że nikt ich nie zauważy, a kiedy szalupa zostanie zwodowana nic nie będzie im można zrobić. Mieli pecha. To nieoczekiwane odkrycie tak wzburzyło drugiego oficera, że podobnie jak intendent McElroy w czasie załadunku pasażerów do szalupy B, niewiele myśląc, chwycił za pistolet. Jego zdecydowana postawa przyniosła natychmiasto­wy skutek. Mężczyźni potulnie opuścili szalupę, a Lightoller kazał ją czym prędzej zaczepić do olinowania żurawika, który wcześniej posłużył do spuszczenia na morze szalupy nr 2. Następnie kazał pozostałym członkom załogi uformować kordon wokół łodzi D i przystąpił do wprowadzania do środka kobiet z dziećmi.

Edmond Roger i Michel Navratil zostali przez ojca oddani pod opiekę pasażerom składanej szalupy D. Po przybyciu do Nowego Jorku przez jakiś czas o chłopakach było dość głośno, wyszło bowiem na jaw, że zostali porwani przez ojca.
[link widoczny dla zalogowanych]

Po chwili przed kordonem stawił się pasa­żer drugiej klasy, niejaki Hoffman. Prowa­dził za rękę dwóch małych chłopców. Wyjaśnił, że sam z dziećmi płynie do krewnych do Ameryki. Chłopcy zostali usadzeni na ławce w szalupie, a ojciec, ucałowawszy ich na pożegnanie, cofnął się do tłumu mężczyzn, teraz już czekających tylko na jakiś cud. Nie byłoby w tej całej historii nic dziwnego, gdyby nie to, że dzieci: Edmond Roger Navratil i Michel Navratil, owszem, były dziećmi tego męż­czyzny, lecz ten po kryjomu uprowadził je od matki i porwał do Ameryki.
Nie było mowy o tym, by przebić się przez kordon uformowany wokół szalupy D. Nie miała znaczenia ani ranga społeczna, ani tytuł, ani żadne inne względy.
Podobnie jak przedtem wielu innych mężczyzn, słynny imprésario teatralny, Hanry Harris zmuszony był rozstać się ukochaną żoną, Irene. Natomiast pułkownikowi Gracie po raz kolejny przyszło opieko­wać się panią Caroline Brown i panną Edith Evans. Tym razem zaprowadził je do łodzi D. Kiedy podeszli do kordonu, powtó­rzyła się sytuacja sprzed kilku minut: pułkownik został zatrzyma­ny na zewnątrz, natomiast kobiety oddano pod opiekę jednego z członków załogi. Edith przepuściła najpierw Caroline, uznała bowiem, że przyjaciółka - mężatka i matka - ma wręcz obowiązek się uratować, zaś ona sama, jako osoba samotna, może poczekać.
Lódź D, podczepiona do żurawika, była gotowa do opuszczania. Lightoller stał w środku i pomagał kobietom przechodzić przez burtę. Następnie polecił wejść do szalupy Johnowi T. Hardy’emu, trzydziestosześcioletniemu londyńczykowi, ojcu dwojga dzieci, kierującego na „Titanicu” obsługą pasażerów drugiej klasy. Według wcześniejszych rozkazów Hardy powinien był wsiąść do szalupy nr 1, ale kiedy przybył, szalupa ta opadała już wzdłuż prawej burty statku. Przez następną godzinę Hardy uczestniczył w operacjach ratunkowych. Na krótko przedtem, gdy Lightoller zaoferował mu możliwość uratowania się, Murdoch wezwał go do siebie i bez ogródek stwierdził:
-To już koniec, Hardy.
Gdzie nie spojrzeć, rozgrywały się dramatyczne sceny rozstań małżonków. Odwieczne prawo morza nie oszczędzało nikogo. W tłumie był także słynny powieściopisarz Jacques Futrelle. Od jakiegoś już czasu na próżno starał się przekonać żonę, by weszła do szalupy.
-Lily, na miłość boską. - powtarzał zrozpaczony. - Idź już.
To ostatnie szalupy. Idź, błagam Cię!
Jego prośby nie zdałyby się na nic, gdyby nie interwen­cja oficera, który nie zważa­jąc na protesty kobiety, objął ją silnym ramieniem i po prostu wprowadził do szalupy. Kiedy łódź D była pełna, starszy oficer, Henry Tingle Wilde rzekł do Lightollera:
-Charles, teraz twoja kolej. Nie ma już marynarzy.
-Nie ma mowy - odparł Lightoller, przechodząc przez burtę z powrotem na pokład „Titanica”. Po czym jako że istotnie w pobliżu nie było marynarzy, sam zaczął opuszczać szalupę.
W tej samej chwili Edith Evans stanęła niezdecydowana przed relingiem szalupy. Może w pobliżu nie było akurat nikogo, kto mógłby jej pomóc. I tak, po raz kolejny mając ratunek w zasięgu ręki, nie skorzystała z niego. Na jej oczach szalupa powoli opadła na powierzchnię oceanu.
O godzinie 2.05 składana łódź Engelhardta oznaczona literą D kołysała się lekko na falach. Przez dziobówkę „Titanica” zaczyna­ły przelewać się fale.

[link widoczny dla zalogowanych]

(Powyżej) Jacques Futrelle znany amerykański dziennikarz i powieściopisarz. Wracał do Ameryki po podróży do Europy, w czasie której odbył szereg spotkań z wydawcami w różnych krajach. Rozmowy dotyczyły przekładu jego nowej, głośnej powieści kryminalnej pt. "Myśląca maszyna", której bohater, niejaki prof. Van Dusen przypominał nieco Sherlocka Holmesa. (Poniżej) Żona Futrelle'a Lily May, która pomagała mu pisać pierwsze powieści. Państwo Futrelle pobrali się w 1895 roku.

[link widoczny dla zalogowanych]

Ostatnia nadzieja: skok do wody
Dwudziestoośmioletni Mauritz Hakan Bjórnstróm-Steffansson ze Sztokholmu dzielił prawdopodobnie kabinę nr 52 na pokła­dzie C z przyjacielem Hugh Woolnerem. Kiedy Mauritz i Hugh pomogli pierwszemu oficerowi Murdochowi usunąć z szalupy C ukrytych tam mężczyzn, oddalili się w oczekiwaniu na najodpo­wiedniejszy moment, by opuścić pokład i uniknąć wessania przez wir powstający w czasie tonięcia statku.

Dla tych, którzy potrafili pływać, morze stało się ostatnią deską ratunku. Stopniowo, ale coraz liczniej, pasażerowie zaczynali wskakiwać do wody. Mieli nadzieję - i w niektórych przypadkach istotnie tak się stało - że zostaną wciągnięci do którejś z szalup kołyszących się na falach wokół coraz silniej przechylonego statku.
[link widoczny dla zalogowanych]

Oświetlenie wyraźnie przygasło i przybrało różowawą barwę. Ocean napierał, woda zalała już końcówkę pokładu spacerowego. By uciec przed nieubłaganym zagrożeniem weszli na reling i spojrzawszy w dół, dostrze­gli jakieś trzy metry niżej składaną szalupę ratunkową D, która właśnie opadała wzdłuż nadburcia. Wystarczyło im jedno spojrzenie żeby się zrozumieć . Takiej okazji nie mogli przepuścić.
-Na dziobie jest wolne miejsce - krzyknął Woolner do przyjaciela. - Skacz pierwszy.
Jeden za drugim rzucili się w dół. Mauritz wylądował na jakimś worku na dziobie szalu­py. Hugh miał mniej szczęścia. Upadł częścio­wo do szalupy, a częściowo za burtę. Jego kamizelka ratunkowa odbiła się od brzegu łodzi i Hugh został wyrzucony na zewnątrz, ale udało mu się chwycić burty. Steffanson natychmiast skoczył przyjacielowi na pomoc i wciągnął go do środka. Hugh był trochę poturbowany, ale cały. Opadanie do morza szalupy D śledził uważnie Frederick Maxfield Hoyt, który kilka minut wcześniej pożegnał się ze swoją żoną Jane Anne. W odpowiednim momencie skoczył do wody, starając się wylądować jak najbliżej łodzi. Liczył na to, że zosta­nie wciągnięty do środka. Stało się dokładnie tak, jak sobie obmyślił i po chwili siedział już obok swojej Jane. Był całkowicie przemoczony i drżał z zimna, ale jakież to mogło mieć znaczenie. W kabinie radiowej starszy radiooperator Jack Phillips nadal siedział przy kluczu telegraficznym, a Harold Bride przyglądał się przez okno płynącemu nieprzerwanie strumieniowi pasaże­rów. Na progu stanął kapitan Smith. Wciąż jeszcze nie założył kamizelki ratunkowej.
-Spełniliście wasz obowiązek do końca - rzekł swoim głębokim głosem. - Nic więcej nie da się już zrobić. Możecie opuścić stanowisko. Teraz niech każdy myśli o sobie.
Radiooperatorzy ani drgnęli. Żaden z nich nie ruszył się z miej­sca. Wtedy Smith dodał:
-Nadeszła pora, żebyście pomyśleli o sobie. Jesteście wolni... nic więcej nie da się już zrobić.
Smith odwrócił się i odszedł. Ten sam rozkaz przekazał innym członkom załogi. Wszystkim, których spotykał, powtarzał:
-Zrobiliście, co do was należało. Teraz pomyślcie o sobie.
W ten sposób dotarł na mostek. Reakcje na jego słowa były różne. Niektórzy członkowie załogi poczuli się zwolnieni z obowiązków i natych­miast skoczyli do morza, obawiając się, że zostaną wessani pod wodę wraz z tonącym statkiem. Jednak większość pozostała na swoich stanowiskach, nie kwapiąc się wcale do spotkania z lodowatą, ciemną wodą oceanu. Ośmiu muzyków kierowanych przez Wallace’a Henry’ego Hartleya nadal grało, z tą tylko różnicą, że z przed­sionka salonu pierwszej klasy przenie­śli się na pokład szalupowy.

"Bliżej Ciebie, mój Panie". Uznaje się powszechnie, że ten właśnie hymn był ostatnim utworem zagranym przez muzyków "Titanica". Brzmi to niezwykle romantycznie, jednak specjaliści zajmujący się historią "Titanica" twierdzą, iż nie ma na to żadnych dowodów. Niektórzy, opierający się na wspomnieniach rozbitków, m.in. Harolda Bride'a, opowiadają się za walcem pt. "Songe d'Automne".
[link widoczny dla zalogowanych]

Pan Algernon Henry Wilson Barkworth, angielski sędzia, jako jeden z niewielu ocalałych z katastrofy potrafił zdać stosunkowo szczegółową relację z przebiegu ostatniego koncertu orkiestry "Titanica". Jego zdaniem jako ostatni muzycy zagrali właśnie słynny walc.
[link widoczny dla zalogowanych]

Thomas Andrews poddaje się
Na pokładzie tonącego statku było w tym momencie 1500 osób. Do ich ewakuacji pozostały tylko dwie łodzie składane, usytu­owane na dachu kwater oficerskich: szalupa A po prawej, a szalupa B po lewej stronie. W związku z rosnącym przechyłem „Titanica” niemożliwe było spuszczenie ich przy pomocy tych samych żurawików co poprzednie dwie szalupy. Jedyne, co można było zrobić, to spróbować w jakiś sposób zepchnąć je do wody. Wobec braku innej możliwości Murdoch i Lightoller zdecydowali się na to, choć było to posunięcie wielce ryzykowne. Za pomocą noża Lightoller usunął plandekę okrywającą łódź B. Pomagał mu w tym jakiś marynarz, w którym drugi oficer rozpoznał znajomego.
-Hemming, co ty tu jeszcze robisz? - zapytał zdziwiony. - Dla­czego nie zabrałeś się poprzednią szalupą?
-Nie ma sprawy. Jeszcze kupa czasu. - odparł flegmatycznie odważny marynarz.
Samuel Ernest Hemming rozplątał jedną z lin szalupy i chciał ją przywiązać do żurawika, ale Moody wyjaśnił mu, że nie ma już na to czasu. Postanowili zepchnąć łódź z dachu na pokład szalupowy.
Z wioseł ułożono coś na kształt pochylni, po której miała zjechać szalupa. 2 niemałym trudem udało się ją w końcu zepchnąć dziobem do dołu. Łódź głucho uderzyła w pokład i wywróciła się do góry dnem. Po prawej stronie w ten sam sposób postępowano z łodzią A. Ktoś krzyknął, że potrzebny jest nóż, na co stojący w pobliżu pułkownik Gracie wyjął z kieszeni scyzoryk i rzucił go w kie­runku tego głosu. Usunięcie plandeki i odczepienie olinowania nie było wcale tak prostą sprawą, sądząc po tym, ile czasu zajęły te czynności. Ci, którzy z pokładu przyglądali się mężczyznom mozolącym się z linami przy szalupie na dachu kwater oficerskich, nie mogli zrozumieć, dlaczego wszystko to idzie tak powoli. Parę desek oparto o ścianę kwater oficerskich, ale przeprowadzenie manewru utrudniał dodatkowo coraz silniejszy przechył statku na lewą burtę. Widząc te trudności, kilku pasażerów zaparło się stopami o ziemię i starało się plecami spychać szalupę po pochylni.
Kiedy kapitan wyszedł z kabiny radiowej, Jack Phillips nie przerwał nadawania, nie zważając na zbliżające się niebezpie­czeństwo. O godzinie 2.10 z powodu spadku napięcia sygnał stał się bardzo słaby. Mimo to Phillipsowi udało się wysłać depeszę, która została odebrana przez parowiec „Virginian”. Był to ostatni znak życia wysłany w eter przez tonący transatlantyk.

Portret Thomasa Andrewsa człowieka, który był przy narodzinach "Titanica", jak i przy jego śmierci i niewątpliwie znał go lepiej niż ktokolwiek inny
[link widoczny dla zalogowanych]

Młodszy radiotelegrafista Bride zabrał się do porządkowania papierów. Potem przeszedł za kotarę, żeby zabrać stamtąd pienią­dze i parę rzeczy osobistych. Kiedy wszedł z powrotem do kabi­ny radiowej, jego oczom ukazała się zupełnie nierealna scena. Jakiś palacz wkradł się do środka i korzystając z tego, że Phillips był całkowicie skupiony na nadawaniu, usiłował mu zdjąć kami­zelkę ratunkową. Bride rzucił się z krzykiem w stronę intruza. Phillips zerwał się na równe nogi i obaj rzucili się na zuchwałego palacza. Po kilkuminutowej szamotaninie napastnik upadł na ziemię nieprzytomny. W tym samym momencie tuż za drzwiami dał się słyszeć bulgot przelewającej się wody. Nie było wątpliwo­ści, że kabina za chwilę zostanie zalana. Phillips krzyknął:
- Harold, biegiem! Nie ma na co czekać!
Rzucili się w kierunku rufy, zostawiając nieprzytomnego palacza na ziemi.
W palarni pierwszej klasy siedział samotnie jakiś mężczyzna. Jego frenetyczna aktywność dobiegła końca. Nie miało już sensu kontrolowanie, czy wszystko jest w porządku, czy działa, wyszukiwanie defektów i obmyślanie ulepszeń. Projektant tego cudu ówczesnej technologii, pozostawiającego daleko w tyle wszystkie inne parowce, nie był już potrzebny pasażerom. Jego kamizelka ratunkowa leżała na stoliku do gry, palarnia była pusta, a Thomas Andrews, pogrążony w stanie całkowitego otępienia, wpatrywał się w obraz zatytułowany „Zbliżanie się nowego świata”. Zauważył go przechodzący tamtędy steward. Wszedł do środka i zapytał półgłosem:
- Nie chce pan nawet spróbować, panie Andrews?
Andrews nie odpowiedział. Nawet nie drgnął. Siedział z rękami skrzyżowany na piersiach i wzrokiem utkwionym w obrazie. Steward oddalił się bez słowa, przepełniony szacunkiem dla rozpaczy głównego inżyniera „Titanica”. Tłum ludzi na zewnątrz nie przestawał szukać ratunku. Spora grupa zebrała się wokół wielebnego Thomasa Bylesa, który prowadził modlitwę. Nie wierzyli już, że mogą się uratować, ale w tej tragicznej chwili myśleli o zbawieniu duszy.
Andrews nie ruszył się z miejsca, jakby życie straciło dla niego wszelki sens. Jego śmierć była ściśle powiązana ze śmier­cią statku: nie miał prawa ocaleć!

W następnym numerze między innymi: Olbrzym przełamany na pół. 2.15. Fala zmywa pokład.

Źródło: "Titanic" zbuduj sam. Kolekcja Hachette.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

Bright free theme by spleen stylerbb.net & programosy.pl
Regulamin