Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna


Kolekcja Titanica NR 63

 
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kobra83




Dołączył: 13 Kwi 2012
Posty: 171
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Skąd: Gliwice
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 0:03, 19 Sie 2012    Temat postu: Kolekcja Titanica NR 63

Spis Treści: Dlaczego "Californian" nie interweniował. Narada oficerów. Alarm wśród marynarzy.

Dlaczego "Californian" nie interweniował?
Zimna noc otulała ocean, jakby chciała ukryć śmiertelnie zranionego olbrzyma. Wokół zdawała się rozpościerać tylko samotność i cisza W odległości zaledwie kilku mil, na pokładzie parowca „Califor­nian”, radiotelegrafista Ciryl Furmstone Evans cierpliwie czekał, aż Jack Phillips z radiostacji „Titanica” odpowie na jego komuni­kat z godziny 23.00. Minęło już jakieś pół godziny i nic. Tej nocy Evans czuł się bardzo zmęczony. To była szesnasta godzina jego pracy. W odróżnieniu od kolegów po fachu zatrudnionych na „Titanicu”, nie miał zmiennika na noc. Marzył już o odpoczynku, a poza tym zraziła go ostra odpowiedź Phillipsa, który w gruncie rzeczy nie zadał sobie nawet trudu, żeby posłuchać, o co chodzi. Radiostacja „Całiforniana” była znacznie słabsza od radiostacji „Titanica”, toteż Evans mógł słyszeć tylko depesze wysyłane przez Phillipsa na Cape Race, a nie depesze przesyłane z Nowej Fundlandii. Po jakimś czasie doszedł do wniosku, że dalsze czekanie nie ma sensu.
Zdjął słuchawki i wyłączył aparaturę. Zdjął mundur i zmęczony rzucił się na koję, sięgając po jakiś tygodnik, żeby przed snem trochę poczytać.
Wachtę na mostku pełnił tego wieczora dwudziestoczteroletni oficer Charles Victor Groves. Niewiele wcześniej uzyskał patent drugiego oficera, ale na „California- nie” nadal pełnił funkcję trzeciego. Groves przy pomocy lampy Morse’a kilkakrotnie próbował nawiązać kontakt z dużym parowcem, który pojawił się na wysokości śródokręcia „Californiana” i szedł przez jakiś czas wzdłuż jego lewej burty. Na próżno. Groves postanowił więc czekać i z uwagą przyglądał się teraz światłom dochodzącym z jednostki.
Także palacz Ernest Gui - choć przebywał nie na mostku lecz na niższym pokładzie, a co za tym idzie, miał ograniczone pole widzenia - zauważył na horyzoncie światła jakiegoś szybko posuwającego się do przodu statku. Właśnie skończył wachtę przy dodatkowym silniku. Kapitan, obawiając się nocnej nawigacji pośród gór lodowych, kazał co prawda zatrzymać maszyny, ale jednocześnie polecił utrzymać ciśnienie w kotłach, żeby „Californian” mógł w każdej chwili wyruszyć w dalszą drogę.
Około 23.40 Groves spostrzegł, że większość świateł na wielkim liniowcu nagle pogasła. Wcale go to nie zdziwiło, ponieważ uznał, że wydano rozkaz zgaszenia świateł, żeby zachęcić pasażerów do udania się do kabin. Groves służył wcześniej na liniowcach pływających na Daleki Wschód i byl doskonale obeznany ze zwyczajami panującymi na wielkich transatlantykach, toteż tego rodzaju wyjaśnienie nasunęło mu się automatycznie.

Kapitan "Californiana" Stanley Lord. Jego postawa pamiętnej nocyuznana została przez wielu za naganną. Niezrozumiały wydawał się przede wszystkim fakt, że nikt na pokładzie "Californiana" nie zauważył sygnałów nadawanych z tonącego "Titanica".
[link widoczny dla zalogowanych]

Kilka minut później na mostku zjawił się kapitan Stanley Lord i Groves podzielił się z nim swoim spostrzeżeniem.
- Prawdopodobnie - tłumaczył Groves - z obawy przed lodem zmienił kurs i zatrzymał się. Gdyby statek na horyzoncie obrócił się w stosunku do „Californiana” rufą, Groves i Lord nie mogliby widzieć jego światła masz­towego i jednego czerwonego światła burto­wego.
-Może to wcale nie jest statek pasażerski - odparł kapitan.
-Na pewno pasażerski. Jak tylko się zatrzy­mali, wygasili światła na noc. Dlatego nic nie widać.
Zbliżał się koniec jego wachty. O północy Grovesa zluzował drugi oficer Herbert Stone. Podszedł do stojącego na mostku kapitana. Lord bez słowa wskazał horyzont, gdzie w oddali, w ciemności majaczyło czerwone światło burtowe oraz jedno światło, prawdo­podobnie masztowe, jakiegoś parowca. Według oceny drugiego oficera, odległość nie przekraczała pięciu mil. Na odchodnym kapi­tan polecił, by wobec daremnych prób nawią­zania kontaktu lampą Morse’a, obserwować nieznany liniowiec i poinformować go, jeśli wydarzy się coś nieprzewidzianego.
Po zakończeniu wachty Groves postanowił zajrzeć do kabiny radiowej. Prawdziwą pasją młodego oficera było wszystko, co nowe i technologicznie zaawansowane, toteż w czasie tego rejsu często wstępował do kabiny radiowej, ciekaw zarówno wszelkich nowinek, które można było wychwycić w eterze, jak i samej aparatury, nadającej tajemnicze sygnały w postaci kro­pek i kresek. Groves całkiem dobrze opano­wał już alfabet Morse’a, ale wciąż jeszcze nie potrafił obsługiwać radiostacji. Korzystał więc z pomocy Evansa, a ten chętnie udzielał mu lekcji, zadowolony z tego, że oficer trak­tuje go po przyjacielsku. W owych czasach na statkach obowiązywała bardzo ścisła hie­rarchia, nic więc dziwnego, że młodemu radiotelegrafiście imponowała zażyłość z ofi­cerem. Tej nocy jednak Evans nie miał ocho­ty na rozmowy. Nie podniósł się nawet z koi, kiedy Groves wszedł do kabiny, a na pytania oficera odpo­wiadał półsłówkami.
-Złapałeś jakieś statki? - zapytał Groves.
-Tylko „Titanica” - mruknął z niechęcią Evans, dając do zrozumienia, że chce spać.
Odpowiedź nie zdziwiła oficera, ponieważ godzinę wcześniej, kiedy informował kapitana o statku zbliżającym się po prawej. Lord odpowiedział, że to zapewne „Titanic” odbywający dziewiczy rejs. Niezrażony brakiem zaintereso­wania ze strony Evansa, Groves nałożył słuchawki, włączył aparaturę i zaczął nasłuchiwać. Nie wiedział jednak, że trzeba uruchomić detektor magnetyczny napędzany mecha­nizmem zegarowym i zaczął w sposób przypadkowy kręcić gałką w jedną i drugą stronę. Bez rezultatu. Nie udało mu się wyłapać żadnego sygnału. Ostatecznie poddał się, zgasił światło w kabinie i wyszedł. Evans myślał już tylko o tym, żeby się przespać. I tak „Californian” przerwał łączność radiową dokładnie wtedy, kiedy w pobliżu zaczynała się rozgrywać tragedia „Titanica”!

"Californian". Postępowanie jego załogi stało się przedmiotem zaciekłej polemiki. Ze względu na swoje położenie "Californian" mógł bez trudu przyjść z pomocą "Titanicowi", ale z nieświadomych przyczyn żaden z członków jego załogi nie zorientowal się, jaaki dramat rozgrywa się tuż obok.
[link widoczny dla zalogowanych]

Narada oficerów
W tym samym czasie Smith wezwał do siebie całą załogę. Wolał jednak nie ogłaszać alarmu, świadom tego, że panika tylko utrudniłaby akcję ratunkową. Postanowił więc roz­dzielić zadania między swoich współpracowników, zalecając przy tym ludziom, by utrzymali styl, będący wizytówką kompanii, tj. by zachowali spokój. Oczywiście wszyscy zda­wali sobie sprawę z tego, że niebawem nadejdzie chwila, kiedy tragicznej sytuacji statku nie będzie już można ukryć, ale przynajmniej do tej chwili należało za wszelką cenę uniknąć paniki.
Jako ostatni pojawił się na mostku piąty oficer Harold Godfrey Lowe. W chwili zderzenia spał w kabinie, ponieważ jego wachta wypadała dopiero o drugiej. Był na tyle zmęczony, że wstrząs i trzask nie zdołały go obudzić. Dopiero zamieszanie i gwar na pokładzie szalupowym sprawiły, że postanowił sprawdzić, co się dzieje. Kiedy podszedł do bulaja, ogarnęło go osłupienie. Przed jego oczami przesuwał się korowód pasażerów w kamizel­kach ratunkowych. Nie czekając, włożył mundur i pobiegł na mostek. Zastał tam kadrę oficerską w komplecie, włącznie z Lightollerem, który cierpliwie czekał na wezwanie w kabinie i został powiadomiony przez Boxhalla.
Kapitan nie miał zamiaru łudzić swoich najbliższych współpracowników. Dla dobra pasażerów należało teraz jak najsprawniej przeprowadzić ewakuację, a to wymagało zachowania spokoju i dokładnego wykonywania rozkazów. Nie padły żadne oskarżenia, z pewnością bowiem nie był to odpowiedni moment na rozliczenia. Wszyscy w tym gronie byli przecież doświadczonymi oficerami, wybranymi przez kompanię i kapitana ze względu na szczególne zasługi.
Wiedzieli więc, że nie ma sensu tracić czasu na niepotrzebne gadanie.
- Do boju, panowie.
Czuli się rzeczywiście tak, jakby stawali do walki. Na ich barkach spoczywała ogromna odpowiedzialność. Rozpoczynała się wałka z czasem, walka, w której stawką było życie pasażerów. Oficerowie niemal bez słowa rozeszli się na stanowiska, uważając, by nie wywołać paniki wśród pasażerów.
Słysząc jakieś hałasy dochodzące z pokładu C, gdzie znajdowały się liczne kabiny pierwszej klasy, pani Elizabeth Shutes otworzyła drzwi kabiny i wyjrzała na korytarz. Zbliżał się właśnie jakiś oficer, toteż zapytała, co się stało.
-Nic poważnego. To tylko kontrola. Wkrótce ruszymy dalej - usłyszała w odpowiedzi.
Jednak kiedy tylko oficer oddalił się w kierunku rufy, pani Shu­tes usłyszała, jak mówi szeptem do jakiegoś marynarza:
-Już niedługo nie będziemy w stanie powstrzymywać wody. Elizabeth była guwernantką dziewiętnastoletniej Margaret Graham, w tej chwili więc pomyślała natychmiast o tym, że musi ratować panienkę. Trzeba się czym prędzej ubierać i biec na pokład szalupowy. I przygotować się na najgorsze.

Kapitan Smith w otoczeniu swoich oficerów. To pamiątkowe zdjęcie, któremu dane było przejść do historii, wykonano w czasie dziewiczego rejsu najpiękniejszego, największego, najnowocześniejszego i najbezpieczniejszego statku, jaki dotąd zbudowano.
[link widoczny dla zalogowanych]

Alarm wśród marynarzy
Jednocześnie w konsekwencji szere­gu następujących po sobie epizo­dów, które miały miejsce w różnych częściach statku, wielu marynarzy zdało sobie sprawę z tego, że wyda­rzyło się coś poważnego. Marynarz John Poingdestre, zwany Jack, za­ledwie miesiąc wcześniej, kiedy słu­żył na „Oceanie”, przeżył katastro­fę morską i zatonięcie statku w rejonie Newhaven. Teraz, pod­niósłszy z pokładu „Titanica” odła­mek góry lodowej, pobiegł do sto­łówki załogi, żeby przekazać kole­gom nowinę. Następnie puścił się pędem do swojej kabiny, po kami­zelkę ratunkową.
Marynarze w pierwszej chwili zareagowali niedowierzaniem, ale w tym samym czasie podobna scena rozgrywała się w kabinie numer 3 na pokładzie E. Mieściły się tam koje dwudziestu ośmiu członków załogi, w tym trzydzie- stotrzyletniego stewarda pierwszej klasy, Fredericka Denta Raya z Londynu. W niedzielę wieczór Ray podał kolację do kabiny Francisowi Mille­towi i Clarence Bloomfiled Moore.
Po zakończeniu zmiany, około godziny 21, od razu poszedł spać, ponieważ w poniedziałek czekała go praca od wczesnych godzin ran­nych. Wstrząs i trzask towarzyszące zderzeniu obudziły go co prawda, jednak zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wydarzyło, a już z całą pewnością przez myśl mu nie przeszło, jak poważne było to zderzenie. Frederick doszedł do wniosku, że musiało dojść do jakiejś awarii w maszynowni. Spokojnie obrócił się więc na drugi bok i ponownie zapadł w sen. Po kilku minutach do kabiny wszedł jeden ze stewardów.
Na wyciągniętej dłoni trzymał mały odłamek lodu. Pół żartem, pół serio, oświadczył, że otarł się o górę lodową i że na pokładzie dziobowym leżą ogromne bryły lodu. Ray i teraz nie ruszył się z koi, rzucając tylko przez zęby:
-Dobra, z pewnością nam nie zaszkodzą - i zamknął oczy, zde­cydowany nie tracić ani minuty cennego snu.
W tym momencie do kabiny wpadł bosman Alfred Nicholas.
Nie było mu wcale do śmiechu.
-Wszyscy: złazić z koi, zakładać kamizelki ratunkowe i biegiem na pokład szalupowy pomagać oficerom ewakuować pasażerów - wrzasnął.
Teraz nie było już najmniejszych wątpliwości, że sytuacja jest krytyczna. Ray jak z procy wyskoczył z koi i zaczął się ubierać. Bosman poszedł dalej, ogłaszając „cichy” alarm”, tj. taki, który nie wywoła paniki wśród pasażerów, lecz zarazem postanowi na nogi liczącą niemal tysiąc ludzi załogę „Titanica”.
Niestety, na pokładzie olbrzymiego liniowca nigdy nie odbyły się ćwiczenia alarmowego. Nie przeprowadzono ich ani przed wypłynięciem z Southampton, ani w czasie nawigacji. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że może dojść do sytuacji, która teraz konkretyzowała się na oczach wszystkich.
Scena podobna jak w kabinie Raya rozegrała się w kabinie palaczy.
William Mintram, chwyciwszy kawałek lodu z pokładu, pobiegł do kabiny kolegów i żartem rzucił zimny odłamek na koję swego zięcia, Waltera Hursta. W odpowiedzi usłyszał głośne mruknięcie, oznaczające zapewne, że Hurstowi żart nie przypadł do gustu.

Rysunek opublikowany 4 maja 1912 roku w "Ilustrated London News". Zgodnie z rozkazami załoga "Titanica" udała się na pokład szalupowy, by pomagać w ewakuacji pasażerów. Jeszcze wtedy nie wszyscy marynarze zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Panowało bowiem powszechne przekonanie, że nic złego nie może się przytrafić tym, którzy zaokrętowali się na ten cud techniki.
[link widoczny dla zalogowanych]

Mintram był bardzo zadowolony, że udało mu się zaokrętować na ten statek. Dopiero co wyszedł z więzienia, gdzie odsiadywał karę za niezamierzone zabójstwo swojej żony. Sąd stwierdził, że w chwili zabójstwa był pijany, wdał się w bójkę z jakimś mężczy­zną i kiedy żona próbowała ich rozdzielić, dosięgło jej ostrze noża przeznaczone dla rywala. Kiedy wyszedł na wolność, postanowił „zmienić powietrze” i razem z zięciem zaokrętował się na „Titanica”. Był przekonany, że dziewiczy rejs tego wspania­łego statku będzie dla niego dobrą wróżbą i znakiem nowego życia. W gruncie rzeczy przecież nie był jeszcze taki stary, miał dopiero 46 lat.
Inni dwaj palacze, William Nutbean i John Alexander Podesta, od razu niemal zdali sobie sprawę, że sprawy mają się niewesoło. Bez powodzenia próbowali przekonać swoich towarzyszy do opuszczenia ciepłych koi i wyjścia na pokład. W odpowiedzi na ich nalegania spod koców dobywały się szyderstwa i niecenzu­ralne komentarze.
Wreszcie do kabiny przyszedł inny palacz, Eustace Blann. Cały drżał ze strachu. Wyciągnął dłoń, na której leżał odłamek lodu i krzyknął:
- Patrzcie, co znalazłem na pokładzie!
Jednak dopiero bosman zdołał uzmysłowić palaczom, że Nutbean, Podesta i Blann wcale nie żartują, a niebezpieczeństwo jest jak najbardziej realne. Jego interwencja sprawiła, że nikogo nie trzeba już było nama­wiać do zejścia z koi. Palacze zaczęli się w pośpiechu ubierać w co mieli najcieplejszego i chwytając najprzeróżniejsze przed­mioty, które chcieli ocalić, opuszczali kabinę. Rozkaz bosmana był jasny: wszyscy mają się udać na pokład szalupowy. I nie cho­dzi o ćwiczenia.

Zardzewiała i pełna dziur. Tak wygląda obecnie ta część pokładu szalupowego, na którą pośpieszyli pasażerowie "Titanica". Te ogromne przestrzenie okazały się niewystarczające do tego, by pomieścić ogarnięty paniką tłum.
[link widoczny dla zalogowanych]

W następnym numerze między innymi: Prawda dla wybranych. Oblężenie sejfu.

Źródło: "Titanic" zbuduj sam. Kolekcja Hachette.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Kobra83 dnia Sob 18:39, 15 Wrz 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

Bright free theme by spleen stylerbb.net & programosy.pl
Regulamin