Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna


Kolekcja Titanica NR 81

 
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kobra83




Dołączył: 13 Kwi 2012
Posty: 171
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Skąd: Gliwice
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 0:01, 24 Wrz 2012    Temat postu: Kolekcja Titanica NR 81

Spis Treści: Panika w szalupach ratunkowych. Odważna dwunastolatka. Przepełniona "piętnastka".

Panika w szalupach ratunkowych
Szalupa numer 13, ostatnia na sterburcie, kołysząc się tam i z powrotem wzdłuż burty transatlantyku, powoli opadała na czarną taflę oceanu. Pasażerowie starali się ukryć strach. Wielu z nich myślało o setkach ludzi stłoczonych na pokładzie, o nieszczęśnikach, do których los nie uśmiechnął się tak jak do nich. Świadomość tragicznego losu pozostałych pasażerów, uwięzionych na statku, sprawiała, że siedzący w łodzi szczęśliw­cy, choć pełni obaw i przerażeni może nie mniej niż tłumy na pokładzie szalupowym, czuli, iż okazywanie strachu byłoby w takiej sytuacji całkiem nie na miejscu.
Pierwsze cztery szalupy oznaczone nieparzystymi numerami, rozmieszczone za kabiną kapitana Smi­tha aż po salę gimnastyczną, tj. w kierunku rufy, między pierwszym a drugim kominem, spuszczano w kolejności od najwyższego numeru po najniższy, tj. od numeru 7 do numeru 1. Pozostałe cztery szalupy, znajdujące się na wysokości czwartego komina, opuszczano w odwrotnej kolejności, tj. od numeru 9 do 15.
„Trzynastka” powoli schodziła w dół. Kiedy minęła górne pokłady, niespodziewanie znalazła się w pobliżu wylotu rury o średnicy blisko 60 cm, z której gwałtownym strumieniem wylewała się woda. Powtórzyła się sytuacja sprzed kilku minut, kiedy to w takim samym niebezpieczeństwie znala­zła się „jedenastka”. Jakby tego było mało, kiedy „trzynastka” znalazła się na wodzie, okazało się, że nie można odczepić splątanych lin, a w dodatku silny strumień wody z głośnym łoskotem wpadający do oceanu powoduje powstanie prądu, który spycha szalupę w kierunku rufy liniowca, dokładnie tam, gdzie spuszczana jest kolejna szalupa, „piętnastka”.
Ta ostatnia opadała powoli w kierunku morza.
Na pokładzie statku nikt nie zauważył, co dzieje w odległości kilku metrów od miejsca, w którym powinna wylądować. „Piętnastka” była coraz niżej, a „trzynastka”, uwięziona niemal dokładnie pod nią, nie była w stanie się przemieścić. Jej pasażerowie zaczę­li krzyczeć w nadziei, że uda im się zwrócić uwagę marynarzy pracujących przy blokach na pokładzie.
Na próżno. „Piętnastka” z każdą chwilą zbliżała się do trzynastki. Katastrofa wydawała się nieuchronna. Teraz strach udzielił się wszystkim, nie tylko pasaże­rom, ale i członkom załogi wyznaczonym do tej szalu­py. Wydawało się, że jedyne co można zrobić, to za pomocą wyciągniętych na sztorc wioseł próbować powstrzymać opadającą dosłownie na ich głowy szalu­pę. Nie było wątpliwości, że jeszcze chwila, a szalupa przygniecie nieszczęśników z „trzynastki”. Doktor Washington Dodge, który znalazł się w tej szalupie dzięki przyjacielowi, stewardowi Rayowi, próbował wyciągnąć wiosła, ale - jak się okazało - przyczepiono je do ławek, na których siedzieli pasażerowie i teraz, w atmosferze paniki, nie było mowy o tym, by zmusić ich do wstania. Silny prąd spychał szalupę w stronę rufy, przez co liny napięły się jeszcze bardziej. O ich odczepieniu nie było mowy.
- Stop! - ile sił w płucach krzyczeli pasażerowie „trzynastki”. - Zatrzymajcie „piętnastkę”!
Szalupa numer 15 była już tuż nad ich głowami. Nagle, do uszu siedzącego w „piętnastce” palacza Franka Dymonda dobiegł głos głównego palacza Barretta, który jakimś cudem przebił się przez krzyki i łoskot wylewającej się do oceanu wody. Niczego nieświadomy Dymond wychylił się przez burtę, żeby zobaczyć, skąd też może dochodzić ten głos i ku swemu niezmiernemu zdumieniu zobczył, że szalupa, w której siedzi, za chwilę zgniecie spuszczoną parę minut wcześniej łódź, w której z kolei znalazł miejsce jego przyjaciel Fred Barrett.

Selma Asplund i jej dwoje dzieci: Lilian i Felix w pewnym sensie także stali się ofiarami katastrofy "Titanica" jako bohaterowie jednej z niezliczonych tragedii rodzinnych, które rozegrały się na pokładzie liniowca. Ojciec rodziny i pozostała trójka rodzeństwa nie dostali się do żadnej szalupy. Cała czwórka zginęła.
[link widoczny dla zalogowanych]

Dymond natychmiast zdał sobie sprawę ze śmiertelnego niebezpieczeństwa zagrażającego siedzącym w spuszczonej szalupie. Zaczął krzyczeć do marynarzy kręcących korbami koło­wrotów na pokładzie „Titanica”, żeby wstrzymali opuszczanie łodzi. „Piętnastka” znalazła się dosłownie tuż nad „trzynastką”. Pasażerowie tej ostatniej mogli dotknąć stępki kołyszącej się nad nimi łodzi. Zrozpaczeni, podnieśli ręce, podejmując z góry skaza­ną na niepowodzenie próbę powstrzymania opadającego na nich ciężaru. Uratowała ich przytomność umysłu głównego palacza Freda Barretta i starszego marynarza Roberta Johna Hopkinsa. W ostatniej chwili mężczyźni doskoczyli do lin, Barrett na rufie szalupy, a Hopkins na dziobie i przecięli zaczepione liny. Unoszona prądem „trzynastka” jakimś cudem wyślizgnęła się spod ważącej ponad pięć ton „piętnastki”. Kilka sekund później ta ostatnia opadła ciężko na wodę dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą uwięziona była „trzynastka”.
Cała operacja spuszczania szalupy numer 13 przebiegała zatem w atmosferze strachu i wielkiego zamieszania i to od samego początku. Zaczęło się od tego, że odpowiedzialny zań oficer wydał rozkaz opuszczania jej, zapominając o wyznaczeniu dowo­dzącego. Kiedy więc wszystkie przygody „trzynastki” dobiegły końca i uratowana cudem szalupa kołysała się na falach oceanu, pasażerowie sami, jednogłośnie, powierzyli dowodzenie Fredowi Barrettowi. Był niewątpliwie najodpowiedniejszą do tego osobą, poza tym jemu właśnie zawdzięczali ocalenie.
Barrett był ubrany całkiem nieodpowiednio, jak na chłód panują­cy w nocy na pełnym oceanie, w dodatku na tej szerokości geo­graficznej. Nie mógł się opędzić od myśli o talerzu smakowitej, a co najważniejsze, gorącej zupy, który rozlał się w chwili zderze­nia „Titanica” z górą lodową. Zresztą większość palaczy, którym udało się dostać do szalup ratunkowych, ubrana była nieodpo­wiednio jak na oceaniczne warunki, tj. w zwykły roboczy strój, złożony z krótkich spodenek i podkoszulka.

Odważna dwunastolatka
Obok Hopkinsa siedziała dwunastoletnia Ruth Becker. Była sama, ponieważ jej matka z rodzeństwem wsiadła do poprzedniej szalupy. Dziewczynka trzymała na kolanach koce, które matka kazała jej wziąć z kabiny. Teraz okazały się opatrznościowe. Nożem Hopkinsa pocięto je na mniejsze kawałki i rozdano drżącym z zimna mężczyznom. Barrett także dostał jedno z takich wełnianych okryć, ale oddał je siedzącej obok nieznajo­mej kobiecie, która wyglądała na strasznie zziębniętą.
Tej nocy Ruth Becker wykazała się nadzwyczajnym wprost hartem ducha. Obok niej siedział jakiś nieznajomy mężczyzna i jęczał z bólu z powodu złamanego palca. Dłoń istotnie przedsta­wiała przerażający widok. Palec zwisał, trzymając się ledwie na kawałkach skóry, a mężczyzna, niezdolny do jakiegokolwiek działania, wpatrywał się weń przerażony. Widząc to, Ruth prze­mogła się jakoś, wyjęła z kieszeni płaszcza chusteczkę do nosa i delikatnie owinęła nią złamany palec.
Po chwili dziewczynka zaczęła pocieszać płaczącą kobietę. Nieznajoma zawodziła w niebogłosy, ale Ruth nie rozumiała, co mówi. Zapytała więc współpasażerów, czy ktoś zna ten język. Okazało się, że kobieta mówi po niemiecku i jakiś mężczyzna zaofiarował się jako tłumacz. Za jego pośrednictwem Ruth dowie­działa się, że w zamieszaniu i chaosie panujących na pokładzie szalupowym, ktoś wyrwał kobiecie zawiniątko, które ściskała w ramionach. W kocyku było jej dziecko. Marynarz przekazał je komuś w szalupie numer 11, a łódź spuszczono, zanim zrozpa­czona matka zdołała do niej wejść. Przerażała ją myśl, że ktoś uzna zawiniątko za bezużyteczny balast i wrzuci je do morza. Ruth starała się pocieszyć kobietę, obiecując, że pomoże jej szu­kać dziecka. Wyjaśniała, że ona sama także musiała się rozstać z matką i rodzeństwem, które wsiadło właśnie do szalupy numer 11. Zapewniała, że kiedy wszyscy znajdą się na pokładzie jakiegoś statku, jej matka z pewnością pomoże szukać niemowlęcia.

"Titanic" na kwadrans przed zatonięciem, ilustracja ukazała się 4 maja 1912 roku w "Illustrated London News". Jak głosi podpis (pewnie niewidoczny), powstała w oparciu o relację jednego z ocalałych pasażerów - Fredericka M. Hoyta.
[link widoczny dla zalogowanych]

„Trzynastka” była poważnie obciążona. Jej burta znajdowała się ledwie kilkanaście centymetrów nad powierzchnią oceanu. Mężczyźni, którzy zasiedli przy wiosłach, nie byli marynarzami. Wiosłowali nieskładnie, w nierównym rytmie, przeszkadzając sobie wzajemnie, przez co łódź oddalała się od burty „Titanica” z widocznym mozołem i bardzo powoli. Hilda Mary Slayter także trzymała na kolanach owinięte w kocyk niemowlę. Był to dziesięciomiesięczny synek państwa Caldwell, podany do szalupy ponad głowami pasażerów tuż przed spuszczeniem jej do morza.
Nagle dziecko zaczęło płakać. Mary Slayter zwróciła się instynk­townie do siedzącego obok mężczyzny, prosząc, by sprawdził, czy niemowlęciu jest ciepło w nóżki. Okazało się, że istotnie dziecku było zimno i kiedy tylko ciepły kocyk otulił mu stopki, natychmiast przestało płakać. Mary spojrzała z wdzięcznością na mężczyznę, który wybawił ją od kłopotu uspokajania płaczą­cego dziecka.
-Przepraszam, pani jest panną Slayter? - usłyszała pytanie.
-Tak - odparła zaciekawiona, a zarazem rozbawiona Hilda. - Pan Beesley?
Wokół panowały całkowite ciemności. Nie rozświetlało ich nawet najlżejsze światełko, nic więc dziwnego, że nawet siedząc łokieć w łokieć z kimś znajomym, można go było nie rozpoznać. Panna Slayter i Beesley ucieszyli się niezmiernie z tego niespodziewane­go spotkania. Po chwili rozmowy wyszło na jaw, że mają wspól­nego znajomego w Clomnel w Irlandii. Lawrence Beesley wszedł do szalupy w ostatniej chwili, kiedy rozpoczęto już jej spuszczanie. Był nauczycielem przedmiotów ścisłych. Na „Titanicu” zajmował kabinę drugiej klasy. Płynął do Toronto, w odwiedziny do brata. Kiedy zdał sobie sprawę z zagrożenia, wrócił do kabiny D-56 po parę książek.
One to, a nie żadne kosztowności czy akcje, stanowiły jego majątek.

Przepełniona „piętnastka”
Pasażerami „piętnastki” byli niemal wyłącznie emigranci podró­żujący z biletem trzeciej klasy. Tylko dwoje pasażerów miało kabiny w wyższych klasach. Jednym z nich był czterdziestoletni Harry Homer. Homer urodził się w stanie Indiana, w miejscowości Knighstown. Mieszkał w Indianapolis, zarabiał na życie hazardem. Na „Titani­ca” zaokrętował się we Francji, bowiem podróż wspaniałym, nowym liniowcem była kogoś takiego jak on prawdziwą gratką. Homer, na co dzień pozbawiony skrupułów i bezwzględny, zachował się adekwatnie do tej postawy także w tej dramatycznej sytuacji. Z jego powodu rodzina państwa Asplund musiała się rozstać. Carl Oscar Asplund i jego żona Selma wraz z pięciorgiem dzieci: trzynastoletnim Filipem Oscarem, dziewięcioletnim Clarence Hugo, pięcioletnimi bliź­niętami Carlem Edgarem i Lilian Gertrud i trzylet­nim Edvinem Roji Felixem opuścili wioskę Aselda w Szwecji, by wyemigrować do Stanów Zjednoczo­nych. W zamieszaniu panującym na pokładzie szalu­powym w dwie godziny po zderzeniu niemożliwe było trzymanie się razem, toteż Selma z najmłodszym synem i córką podeszli do szalupy numer 15, podczas gdy ojciec z pozostałą trójką został na pokładzie, licząc na to, że uda mu się dostać do jakiejś innej szalupy.
Emigranci często pochodzili z jednej wioski i podróżowali więk­szymi grupami. Z wioski Athlone, położonej 80 kilometrów od Dublina, pochodził kobziarz Eugene Patrick Daly, ten sam, który żegnał się z ukochaną Irlandią, grając rozdzierający serce „Erin’s Lament”. Razem z nim podróżowały dwie młode kobiety, Marga­ret Marcella Daly i Bertha Mulvihill. Zajmowały zresztą jedną kabinę. Eugene pomógł im wejść do szalupy numer 15, ale dla niego zabrakło miejsca.
Do „piętnastki” weszli natomiast opiekunowie licznej grupy szwedzkich emigrantów, Thure Edvin Lundstróm i Oscar Hed- man. Pierwszy z nich wyemigrował do Stanów Zjednoczonych w 1900 roku. Później przez sześć lat mieszkał w Chinach, gdzie doskonale opanował język chiński. Na „Titanica” wsiadł w Southampton z narzeczoną, Eliną Olsson. Oboje wybierali się do Los Angeles. Jego doświadczenie i znajomość angielskiego sprawiły, że stał się faktycznie przewodnikiem blisko dziesięcio­osobowej grupy szwedzkich emigrantów. Mimo zamieszania w sektorze trzeciej klasy, udało mu się szczęśliwie doprowadzić grupę swoich podopiecznych na pokład szalupowy. Kilka osób umieścił w szalupie numer 13, m.in. panią Agnes Sandstróm z cór­kami: czteroletnią Margherite Rut i półtoraroczną Beatrice Irene. Oscar Hedman z kolei mieszkał w Stanach Zjednoczonych od 1905 roku. Od chwili zaokrętowania w Southampton stał się punktem odniesienia dla siedemnastoosobowej grupy Szwedów, którzy, nie znając angielskiego, potrzebowali przewodnika na czas rejsu.

Dziób statku sfotografowany przez członków ekspedycji Roberta Ballarda. Dziób jako pierwszy zanurzył się w odmętach oceanu, podczas gdy po stronie rufowej nad powierzchnię oceanu zaczynały wystawać ogromne śruby transatlantyku.
[link widoczny dla zalogowanych]

Do „piętnastki” weszła także spora grupa członków załogi, w sumie ponad dwudziestu. Był wśród nich steward Samuel Rule. Siedząc teraz bezpiecznie w szalupie myślał o tym, jak niezwykła zmiana dokonała się na „Titanicu”. Kiedy w godzinę po zderze­niu szedł korytarzem na pokładzie E, nie mógł się nadziwić zdyscyplinowaniu pasażerów. Przyszło mu wówczas na myśl, że przypominają raczej osoby przygotowujące się do zejścia na ląd w porcie w Nowym Jorku niż rozbitków. W tej chwili obraz
sprzed godziny był już tylko wspomnieniem. Na pokładzie tu i ówdzie rozbrzmiewały krzyki zrozpaczonych pasażerów, tłum przepychał się, falował z jednej strony na drugą, desperacko szukając ratunku. Panika zataczała coraz szersze kręgi, a o daw­nym porządku i spokoju nie było nawet mowy.
Zresztą rosnące napięcie udzieliło się także członkom załogi. Wcześniej spokojni i pełni poświęcenia, teraz zaczynali tracić głowę. Godzinę wcześniej piekarz Charles Joughin pomyślał o rozdaniu chlebów pasażerom spuszczanych szalup, rezygnując z wejścia do szalupy numer 10, w której mógł się spokojnie uratować. Teraz jego kolega, piekarz Charles Reginald Burgess, ani chwili nie wahał się, czy wskakiwać do „piętnastki”, czy nie. W przeciwieństwie do Joughina w chwili zderzenia miał wolne. Spał w kajucie i ze snu wyrwał go krzyk George Dodda:
- Chłopaki, złaźcie z koi.
Toniemy!
Do Burgessa nie dotarło, co się stało, niemniej posłusznie wylazł spod koca i ubrał się, choć nie miał zamiaru zakładać kamizelki ratunkowej. Sie­dział teraz w „piętnastce” z innymi członkami załogi, przede wszystkim palacza­mi i kelnerami i ze zdu­mieniem śledził dramat, rozgrywający się na jego oczach. O 1.35 wszystkie szalupy z nieparzystymi numerami kołysały się na morzu wokół rannego olbrzyma. „Titanic” nadal był rzęsiście oświetlony, dzięki czemu przed oczami rozbitków w szalupach roztaczał się niesamowity, a zarazem tragiczny widok. Skrajnik dziobowy zniknął już całkiem pod wodą, a po stronie rufy nad powierzchnię zaczynały coraz bardziej wystawać śruby największego transatlantyku świata.

W następnym numerze między innymi: Ostatnia szalupa na rufie. Siła perswazji.

Źródło: "Titanic" zbuduj sam. Kolekcja Hachette.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

Bright free theme by spleen stylerbb.net & programosy.pl
Regulamin