Autor Wiadomość
Krzychu74
PostWysłany: Śro 12:30, 10 Paź 2012    Temat postu:

Witam!
Jakie to życie jest nieprzewidywalne. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej budzili się w swoich ciepłych kajutach zastanawiając się co robić podczas dnia...
Czy ostała się do dzisiaj, któraś z szalup Titanica?

Pozdrawiam.
Kobra83
PostWysłany: Śro 0:01, 10 Paź 2012    Temat postu: Kolekcja Titanica NR 89

Spis Treści: Długo wyczekiwana pomoc: "Carpathia". Koniec koszmaru. Kapitan Rostrom.

Długo wyczekiwana pomoc: "Carpathia"
Co jakiś czas w ciemności rozlegały się głosy pasażerów, nawołujących się z jednej szalupy do drugiej. Dzięki temu szalu­pie nr 16, dowodzonej przez Josepha Henry’ego Bailey’a, udało się dołączyć do „szóstki”. Tą ostatnią miał dowodzić sternik Hitchens, ale okazał się tak nieudolny, że dowodzenie przejęła faktycznie pani Brown. Szalupy ustawiły się burta w burtę i nie­którzy pasażerowie z „szesnastki” przeszli do mniej zatłoczonej „szóstki”, gdzie poza tym brakowało mężczyzn do wioseł. Szalu­py powiązano liną, więc przy każdej większej fali obijały się o siebie burtami. Widząc to, major Peuchen zaproponował, by wsunąć między nie kilka kamizelek ratunkowych, które z powodzeniem mogły pełnić funkcję obijaczy. Siedząca w szalupie nr 6 Madame Hélène Baxter głośno nawoły­wała swojego syna, Quigga. Odnosiło się wrażenie, że jej wołania skierowane są do kogoś z innej szalupy. W istocie jednak nie było to wołanie, lecz zawodzenie przepełnionej bólem matki, bowiem - jak się okazało - syn pani Baxter nie wsiadł razem z nią do szalupy.

Fragment pokładu "Carpathii". Wszystkie pokłady statku zostały przygotowane na przyjęcie rozbitków z "Titanica".


Dowodzący szalupą nr 14 piąty oficer Harold Godfrey Lowe doszedł do wniosku, że nie ma już szansy znalezienia żywych rozbitków, nikt bowiem nie byłby w stanie przeżyć tak długo w lodowatej wodzie. Miał wyrzuty sumienia, że nie ruszył na pomoc od razu, tuż po zatonięciu statku, gdy tylko niebezpieczeństwo wessania szalupy przez tonący kadłub gigantycznego transatlantyku zostało zażegnane. Wolał wówczas poczekać, aż krzyki rozbitków nieco ucich­ną, ponieważ obawiał się, że zdesperowani nieszczęśnicy rzucą się na szalupę i wywrócą ją. Na swoją obronę miał jednak fakt, że szalupa pod jego dowództwem jako jedyna - choć z opóźnieniem - powróciła na miejsce katastrofy, by udzielić pomocy choćby niewielkiej liczbie nieszczęśników. Decyzję o zakończeniu poszukiwań Lowe podjął o czwartej nad ranem. W miejscu, gdzie wspaniały statek pogrążył się w wodach oceanu, nie było już czego szukać. Wokół unosiły się tylko niezliczone szczątki wraku i setki ciał. Lowe zdawał sobie sprawę, że teraz musi przejąć dowodzenie czterema łodziami, które zostawił ponad godzinę wcześniej. W czasie jego nieobecności szalupy niestety ponownie się rozproszyły. Podniósł się lekki, poranny wiatr, toteż Lowe rozkazał, by starszy marynarz Frank Oliver Evans wciągnął na maszt żagiel. Tym samym piąty oficer dowiódł, że jest prawdziwym wilkiem morskim, który sprawdza się nie tylko na mostku wielkiego, supernowoczesnego transatlantyku, ale także na pokładzie drewnianej szalupy.
Nikomu poza nim nie przyszło do głowy, by tego ranka wykorzystać siłę wzmagającego się z każdą chwilą wiatru. W przypadku Lowe’a zaś bezcenne okazało się teraz doświadczenie nabyte w czasie rejsów na żaglowcach wzdłużwybrzeży Afryki, w czasach, kiedy żaglowce były coraz bardziej wypierane przez parowce.
O świcie ocean przebudził się z koszmarnego snu tej nocy. Jego powierzchnia nie była już płaska, spokojna i łagodna jak przedtem. Tu i ówdzie powstawały zmarszczki, które rosły w oczach. Ocean zaczynał się burzyć, grożąc kruchym szalupom ratunkowym wywróceniem. Wiatr nie tylko podnosił coraz większe i bardziej spienione fale, ale także sprawiał, że powietrze stawało się coraz bardziej lodowate.
W największym niebezpieczeństwie znalazła się odwrócona do góry dnem składana łódź B. Większy przechył mógł spowodo­wać jej zatonięcie. Fale zalewały zlodowaciałe nogi ściśniętych na szalupie rozbitków, którzy przy każdym poruszeniu szalupy starali się odpowiednio balansując ciałami utrzymać łódź w rów­nowadze. Powietrza pod stępką ubywało i szalupa coraz bardziej pogrążała się w wodzie.

Szalupa numer 14 dowodzoną przez piątego oficera "Titanica", Harolda Godfreya Lowe'a ciągnie łódź D, jedną z czterech składanych łodzi Engelhardta zamontowanych na pokładzie "Titanica". Żagle znajdowały się w wyposażeniu wszystkich szalup, lecz o ich postawieniu pomyślał tylko dowódca "czternastki". Dzięki temu była ona w stanie poruszać się sprawniej i udzielić pomocy rozbitkom i innym szalupom.


W pewnym momencie w dość sporej odległości od łodzi B ukaza­ła się jakaś szalupa ratunkowa. Kilka osób zaczęło wzywać po­mocy. I tym razem sprawę wziął w swoje ręce niezastąpiony Lightoller. Zorganizował grupę, która na jego znak krzyczała zgodnym chórem. Mimo to nie udało im się przekrzyczeć szumu fał i zwrócić na siebie uwagi kołyszącej się w oddali szalupy. Wreszcie Lightoller przypomniał sobie, że ma ze sobą oficerski gwizdek. Kazał ludziom zamilknąć, a sam ujął gwizdek i dmuch­nął weń kilkakrotnie, ile sił w płucach. Rozległ się ostry, przeszywający ciszę dźwięk, który szczęśliwie przebił się przez szum fal. Pasażerowie „czwórki” i „dwunastki” wyraźnie usłyszeli świst i rozpoznali dźwięk oficerskiego gwizdka. Obie szalupy zmieniły kurs i ruszyły w kierunku, skąd dochodził tajemniczy gwizd. Szalupa nr 4 dopłynęła do łodzi B jako pierwsza. Kiedy próbowa­ła dobić do jej burty, podniosła się spora fala i o mało nie wywró­ciła składanej łodzi. Lowe szybko ocenił sytuację i uznał, że roz­bitkowie z łodzi B muszą przejść do innych szalup. Obawiał się co prawda, że spowoduje to ich przeciążenie, ale tym razem soli­darność ludzka zwyciężyła. 2 wielkim trudem, starając się zacho­wać ostrożność, mężczyźni z wywróconej lodzi zaczęli przecho­dzić do „czwórki” i „dwunastki”. Napięcie było tak wielkie, że młody Jack Thayer, który przeszedł do szalupy nr 12, nie zauwa­żył, że obok, w „czwórce”, siedzi jego matka. Marina Thayer zresztą także nie zdawała sobie sprawy z tego, że przyczyniła się do ocalenia swojego syna. Po zatonięciu „Titanica”, zziębnięta, siedząc po kostki w lodowatej wodzie chlupoczącej na dnie szalu­py, ta dzielna kobieta nie straciła ducha. Jak wiele innych kobiet w tej szalupie, chwyciła za wiosło i zaczęła z całych sił wiosło­wać, by się rozgrzać i przetrzymać przenikliwe zimno.

Szalupa nr 6 podpływa do "Carpathii". Na rufie stoi sternik Hichens. Dowodzenie tą szalupą powierzono właśnie jemu, lecz w praktyce okazał się na tyle nieudolny, że dowództwo przejęła Molly Brown. Pomagał jej major Peuchen i inne kobiety.


Koniec koszmaru
Dowodzenie szalupą nr 8, w której siedziały same pasażerki pierwszej klasy ze służącymi oraz czterech członków załogi, powierzono starszemu marynarzowi Thomasowi Jonesowi. I tam jednak, jak w innych szalupach, w rzeczywistości dowodził kto inny. W „ósemce” pierwsze skrzypce grała hrabina Rothes.
Także w tej szalupie kobiety wzięły się za wiosłowanie. Dziwny to był zaiste i nie­zwykły widok: przy jednym wiośle, ramię w ramię, hrabina Noël Lucy i pani Emma Eliza Bucknell, a za nimi, także przy jednym wiośle, ich służące - Ałbona Bazzani i Roberta Maioni. Pani Ella White zajmowała się sygnalizowaniem pozycji szalupy przy pomocy laseczki z latarką przymocowaną na końcu. Hrabina Rothes nie tylko sama siedziała przy wiośle, ale także wielokrotnie przej­mowała ster. Odbywało się to za zgodą, a wręcz na prośbę Jonesa, który docenił jej dzielną postawę i był zdania, że doskonale potrafi sterować szalupą.
W „ósemce” siedziała także młoda Maria Josefa de Satode Peñasco. Zrozpaczona utratą ukochanego męża Victora, ani na chwilę nie przestawała płakać i jęczeć. I tym razem zareagowała hrabi­na Rothes. Przekazała ster Jonesowi, a sama usiadła na ławce obok Marii i starała się jej dodać otuchy. Pasażerowie szalup ratunkowych rozma­wiali przede wszystkim o tym, kiedy wreszcie nadejdzie pomoc. Niektórzy patrzyli na ten problem z dużą dozą ' optymizmu, twierdząc, że w miejscu katastrofy będzie się roić od statków, które odebrały wezwanie o pomoc nada­ne nocą z pokładu „Titanica”. Nie bra­kowało jednak sceptyków. Ci przypomi­nali optymistom, że w szalupach ratun­kowych brakuje praktycznie wszystkie­go: ekwipunku, urządzeń niezbędnych do nawigacji, żywności, a nawet wody pitnej. W pewnej chwili Jonesowi wydało się, że widzi na horyzoncie jakieś światło. Starając się mówić cicho, by inni pasażerowie nie dosłyszeli jego słów, zwrócił się do hrabiny:
- Czy nie wydaje się pani, że tam coś się świeci? Proszę poczekać, aż będzie­my na szczycie fali i wtedy popatrzeć. Tylko proszę na razie nikomu nic nie mówić, bo może mi się tylko zdaje.

Ilustracja do "Illustrated London News" zatytuowana "Pośród dryfującego lodu". Świt 15 kwietnia oświetlił scenę, na której tej nocy rozegrała się tragedia, sprawiając, że jeszcze trudniej było uwierzyć w to, co się stało. Na tych spokojnych wodach, gdzie jeszcze kilka godzin wcześniej pływał najnowocześniejszy i najelegantszy parowiec świata, pływały teraz nieliczne szalupy z kilkuset szczęśliwcami na pokładzie, a wokół pośród kry, unosiły się szczątki statku i ciała rozbitków.


Hrabina Rothes zrobiła tak, jak polecił Jones. Jej też wydawało się, że na horyzoncie świeci się jakieś słabe światło. A zatem to nie była pomyłka! Zanim przekazali tę wspaniałą wiadomość pozostałym pasażerom szalupy, woleli poczekać jeszcze kilka minut, by zyskać całkowitą pewność. Na wieść o tym, że nadcho­dzi pomoc, Ella White zaczęła krzyczeć z radości i machać laseczką z latarką, by tym sposobem przekazać radosną wiadomość pasażerom innych szalup.
Spośród pasażerów szalupy nr 6 Margaret Martin jako pierwsza dostrzegła nadpływającą „Carpathię”. Siedziała przy wiosłach i przypadkowo spojrzała w kierunku, skąd nadchodziła pomoc. Nie wierzyła własnym oczom: na horyzoncie połyskiwało jakieś światło.
-Patrzcie! - wykrzyknęła z nadzieją.
-Tam widać jakieś światło!
-Nie, to na pewno spadająca gwiaz­da - odparł pesymistycznie nastawiony Hitchens.
Szalupą nr 13 dowodził szef kotłowni Frederick William Barrett. W łodzi tej znaleźli ocalenie stosun­kowo liczni pasażerowie trzeciej klasy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Barrett siedział na rufie, kiedy nagle dostrzegł na horyzoncie wznoszący się w górę snop iskier, Nie miał wątpliwości, że to rakieta. Inaczej niż Jones, nie potrafił zacho­wać zimnej krwi i powstrzymać radosnego okrzyku:
-Rakieta!
Podobnie potoczyły się sprawy w szalupie nr 9. Tam starszy marynarz George McGough, wskazując na południowy-wschód, krzyknął:
-Bogu niech będą dzięki! Na hory­zoncie widać jakiś statek, który płynie nam na ratunek!
Nad oceanem uniosły się okrzyki radości i dziękczynienia. W siedzą­cych przy wiosłach wstąpiły nowe siły i szalupy raźniej ruszyły w kierunku, skąd nadchodziła upragniona pomoc. Koszmar dobiegł końca!

Zdjęcie kobiet w szalupie chroniących się przed zimnem na wszelkie sposoby: poowijanych szalami, kocami, w szlafrokach, lepiej niż słowa oddaje ich cierpienie. Wiele z nich tej tragicznej nocy straciło mężów, synów, krewnych i cały dobytek.


Na wschodzie mrok nocy powoli ustępował miejsca słabym jesz­cze promieniom słońca. W jego blasku coraz wyraźniej rysował się profil „Carpathii”. Świt symbolicznie niemal kończył tę noc, której dane było zapisać się na stałe w historii żeglugi. Pchana wiatrem szalupa nr 14 posuwała się do przodu z prędko­ścią blisko 4 węzłów i wkrótce pokonała dystans dzielący ją od pozostałych szalup. Na gwizdek Lightollera „czwórka” i „dwój­ka” skierowały się w stronę składanej łodzi B, której w każdej chwili groziło zatonięcie, natomiast szalupa nr 10 i składana łódź D powoli i mozolnie posuwały się w kierunku „Carpathii”. Lowe zauważył, że łódź D jest stosunkowo głęboko zanurzona, a jednocześnie wykorzystywana jest na niej niewielka ilość wioseł, postanowił więc podpłynąć do niej i sprawdzić, co się stało. Kiedy dotarł na miejsce, pasażer pierwszej klasy Hugh Woolner siedzący w łodzi D zapewnił, że jakoś poradzą sobie sami. Mimo to Lowe rzucił im linę, ponieważ wobec znacznego zanurzenia tej lodzi wolał nie ryzykować.
Wkrótce pokazała się składana łódź A.
Znajdowała się w odległości niemal dwóch mil. Stała nieruchomo i wyglądało, jakby jej burta była ledwie ponad powierzchnią wody. Pasażerom tej szalupy nie udało się zamontować składa­nych, brezentowych burt i w trakcie tej niekończącej się nocy ich liczba zmniejszyła się o połowę. Z trzydziestu osób, które znalazły ocalenie w tej szalupie, do rano dotrwało tylko kilkana­ście. Na szczęcie Lowe dostrzegł ich i niewiele myśląc ruszył im na pomoc. Zabrał wszystkich pasażerów łodzi A na pokład „czternastki” i wziął kurs na „Carpathię”. Łódź A porzucono na środku oceanu. Na jej ławkach pozostały trzy martwe ciała. Zabrakło czasu i sił, by myśleć także o zmarłych.
Świt malował miejsce katastrofy coraz to nowymi barwami, od różowego po fiolet. Ocean jawił się teraz w całej swojej krasie, a jego piękno stanowiło idealne dopełnienie radości pasażerów, dla któ­rych koszmar tej nocy dobiegł końca. Czerń oceanu przeobraziła się w intensywny błękit, a tu i ówdzie rozsiane były niewielkie kry dryfu­jące na powierzchni.
Mały Robert Douglas, który właśnie się obudził, był pod wrażeniem tego niezwykłego widoku.
- Patrz, mamo! - zawołał zachwycony. - To bie­gun północny, ale świętego Mikołaja nie ma.
Szalupa nr 3 powoli posuwała się w kierunku „Carpathii”, torując sobie drogę między odłamka­mi lodu. Niewielki sierp księżyca nisko na niebie wskazywał, że zaczyna się pierwsza kwadra.

Łódź D zbliża się do "Carpathii". Widać wyraźnie, że rozbitkowie ubrani są w kamizelki ratunkowe.


Kapitan Rostron
Sygnał S.O.S., który Jack Phillips nadawał boha­tersko do ostatniej chwili, dopóki woda nie zaczęła zalewać pokładu dziobowego i niemal wlewać się do kabiny radiowej, został odebrany przez wiele jednostek. Te z kolei prze­kazywały go dalej i dzięki temu wezwanie o pomoc z „Titanica” zataczało coraz większe kręgi.
Jak na ironię „Carpathia” należała do kompanii żeglugowej będącej główną antagonistką White Star Line, tj. do brytyjskiej Cunard Line. Jednak solidarność ludzi morza znacznie przewyż­sza rywalizację armatorów, toteż na wieść o niebezpieczeństwie, w jakim znalazł się „Titanic”, kapitan „Carpa- thii” Arthur Rostron natychmiast podjął decyzję o zmianie kursu. Spraw­dziwszy położenie statku w kabinie nawigacyjnej, wydał sternikowi rozkaz:
- Kurs 308!
Zgodnie ze zwyczajem przyjętym na morzu sternik dla potwierdzenia powtórzył rozkaz na głos. Rostron skierował statek w miejsce, o którym była mowa w depeszach radiowych. Kazał dać całą naprzód, jako że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że o życiu setek osób zadecydo­wać mogą minuty. „Carpathia” miała do pokonania 58 mil po oceanie peł­nym gór i pól lodowych. Świadom odpowiedzialności, a zarazem niebezpieczeństwa, Rostron postawił na nogi całą załogę. Podwoił liczbę członków załogi w maszynowni, dzięki czemu „Carpathia” z 14 węzłów przyspieszyła do 17. Przy takiej prędko­ści istniała szansa, że w cztery godziny statek dopłynie do „Tita­nica” lub rozbitków z transatlantyku. Poza tym kazał przygoto­wać statek na przyjęcie na pokład dwóch tysięcy osób. Jednocześnie, by nie narażać na niebezpieczeństwo samej „Carpathii”, płynącej teraz całą naprzód po polu lodowym, podwoił liczbę obserwatorów i rozkazał wszystkim oficerom i członkom załogi utrzymywanie najwyższej czujności. Niewiele przed czwartą rano obserwatorzy zobaczyli zielone światło tuż nad powierzchnią wody. Rostron dał rozkaz, by zmniejszyć prędkość i wziąć kurs na to światło. Jak się później okazało, była to jedna z rakiet wystrzelonych przez czwartego oficera „Titanica”. „Carpathia” odpowiedziała rakietami. Miały one dodać rozbitkom otuchy i upewnić ich, że nadchodzi pomoc, że rzeczywiście zostali zauważeni.
Pierwszą szalupą, do której dopły­nęła „Carpathia”, była „dwójka” pod dowództwem Boxhalla. Łódź podpłynęła pod burtę statku, po czym spuszczono drabinkę, po której wycieńczeni rozbitkowie dostali się na pokład. Wchodzenie po drabince nie było proste, toteż Boxhall każdemu z osobna prze­wiązywał linę pod pachami i ase­kurował w czasie wspinaczki. Sam wszedł na pokład „Carpathii” jako ostatni i złożył krótki raport kapitanowi Rostronowi, informu­jąc, że „Titanic” poszedł na dno koło wpół do trzeciej w nocy, a wrraz z nim setki osób. Jako druga podpłynęła do „Carpathii” szalupa nr 1, która okazała się szybsza od pozostałych. Wynikało to z faktu, że szalupa, w której uratował się sir F.dmund Cosmo Duff-Gordon, miała niewielu pasażerów, toteż była lżejsza, co już samo w sobie ułatwiało jej spraw­ne poruszanie się po oceanie. Poza tym siedziało w niej kilku członków załogi, a ci radzili sobie z wio­słami bez porównania lepiej niż mężczyźni z innych łodzi, by nie wspomnieć o kobietach. Jako ostatnia do burty statku dobiła „dwunastka”. Kiedy znalazła się pod samą burtą „Carpathii” spora fala o mało jej nie wywróciła.
„Dwunastka” była poza tym nie­bezpiecznie przeciążona, ponieważ Lowe wziął na pokład pasażerów składanej łodzi B. Jako ostatni na pokład „Carpathii” wszedł Lightolłer, do ostatniej chwili wierny zasadom postępowania obowiązującym oficera.

Ocaleni! Dla pasażerów tej szalupy koszmar dobiegł końca. Dla niektórych rozpocznie się teraz długie i równie bolesne poszukiwanie informacji o krewnych.


W następnym numerze między innymi: Poniedziałek rano. Pierwsza noc na "Carpathii".

Źródło: "Titanic" zbuduj sam. Kolekcja Hachette.

Powered by phpBB (php5) 2.0.11 [CR] C 2001, 2002
phpBB Group, hosted by kei.pl
Design forum - r@ven web for phpbb.pl