Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna


Kolekcja Titanica NR 70

 
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kobra83




Dołączył: 13 Kwi 2012
Posty: 171
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Skąd: Gliwice
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 0:04, 02 Wrz 2012    Temat postu: Kolekcja Titanica NR 70

Spis Treści: Odradza się nadzieja: statek na horyzoncie. Szansa na ocalenie. "Californian". Woda w korytarzach.

Odradza się nadzieja: statek na horyzoncie
Pierwszy oficer Murdoch, któremu pomagał piąty oficer Lowe, był zdecydowany bezzwłocznie dać sygnał do ewakuacji statku. Choć wciąż jeszcze liczył na cud, wieloletnie doświadcze­nie na morzu nie pozostawiało wątpliwości. Murdoch doskonale wiedział, że jeśli statek ma zatonąć, należy działać natychmiast, liczy się bowiem każda minuta.
Mimo ponawianych wielokrotnie wezwań i zachęt do wchodze­nia do szalup ratunkowych, wielu pasażerów wolało pozostać na pomoście. W odróżnieniu od Lightollera, Murdoch chciał za wszelką cenę wypełnić łodzie. Zgadzał się więc, by zajmowali w nich miejsca także mężczyźni. Mimo to w szalupie numer 7, mogącej pomieścić 65 osób, znalazło się ledwie 28 osób, włącznie z członkami załogi, którzy mieli kierować łodzią po jej zwodowaniu.

Odrestaurowana lampa sygnalizacyjna znaleziona we wraku "Titanica". Przy pomocy tego rodzaju urządzenia czwarty oficer Boxhall starał się przyciągnąć uwagę statku dostrzeżonego na horyzoncie, nadając alfabetem Morse'a sygnał CQD.
[link widoczny dla zalogowanych]

Zadanie to powierzono marynarzowi Williamowi Wellerowi i dwóm obserwatorom, George’owi Hoggowi i Archiemu Jewellowi. Ci ostatni o drugiej rano mieli zmienić kolegów w bocianim gnieździe. Pierwszy oficer powierzył dowodzenie łodzią Hoggowi, po czym po raz kolejny obwieścił głośno:
- Proszę panie o zajmowanie miejsc, zanim ta łódź odpłynie.
Stwierdziwszy, że także to zaproszenie padło w próżnię, zrezygnowany dal sygnał do opuszczania szalupy. Osta­tecznie kiedyś trzeba było zacząć. Liczył na to, że może takie posunięcie uświadomi innym pasażerom, że to nie zabawa i to wszystko dzieje się na serio, a tym samym skłoni ich do zajęcia miejsc w kolejnych szalupach. Poza tym oficer był pewny, że spuszczone na morze barki pozostaną w pobliżu stat­ku i później będą do nich mogli wejść inni pasażerowie. Dwaj palacze, John Podesta i William Nutbean, zaczęli powoli luzować liny w blokach. Mimo braku precyzyjnych rozkazów i inaczej niż spora część załogi, która bez celu przemieszczała się po pokładach, jako jedni z nielicznych pozostali na pokładzie szalupowym, by pomóc w operacjach wodowania szalup. Dwudziestu ośmiu pasażerów z szalupy numer 7 czekał teraz trudny moment. W pełni zrozumiały strach wywołany opuszczaniem łodzi o 25 metrów w dół osłabł nieco, ponieważ kiedy zajęli miejsca na ławeczkach, nie mogli już widzieć rozciągającej się w dole czarnej otchłani. Tej nocy ocean był zresztą dziwnie spokojny i nie wywoływał nieprzyjemnego kołysania.
Przed ich zdumionymi oczyma przesunął się najpierw pokład A ze wspaniałą promenadą, następnie jeden po drugim niższe pokłady. Po raz ostatni mogli spojrzeć na luksusowe wyposażenie kabin i jarzące się światła transatlantyku, który nawet w takich opałach nie stra­cił nic ze swego uroku. Widząc czarny mur „Titanica” i bulaje kabin, znany nowojorski adwokat Frederic Kimber Seward, zastanawiał się z goryczą nad scepty­cyzmem Howarda Case’a, londyńskiego dyrektora Vacuum Oil, a zarazem swego towarzysza od brydża. W tym zamieszaniu stracił go z oczu. Z drugiej strony w tym momencie trudno było przewidzieć, jak to wszystko się skończy.

"Śmiertelnie zraniony niczym gigantyczny lewiatan" - w taki efektowny sposób często opisywano "Titanica". Nieruchomy, lecz oświetlony równie rzęsiście jak w poprzednich dniach, kiedy na jego pokładzie jedna za drugą toczyły się zabawy i wszelkie troski zdawały się odległe, wielki statek jarzył się w ciemności, dając pasażerom poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że niechętnie go opuszczali.
[link widoczny dla zalogowanych]

Szansa na ocalenie
Czwarty oficer Boxhall został sam w sterówce „Tita­nica” nie dlatego, by wydawać rozkazy, bo przecież maszyny zostały zatrzymane, ile po to, by być do natychmiastowej dyspozycji kapitana. Przed chwilą dal się słyszeć dźwięk dzwonka, zupełnie jakby nawigacja przebiegała jak zwy­kle. Boxhall przez lornetkę wpatrywał się w ciemność, poszuku­jąc na horyzoncie jakiegoś przyjaznego światła. Przez chwilę wydawało mu się, że w ciemności błysnęło jakieś światło. 2 nadzieją, że to światła jakiegoś przepływającego w oddali parowca, zaczął intensywnie wpatrywać się w ten punkt. W pewnej chwili serce mu zadrżało: zaświtała nadzieja.
W tej sytuacji rozsądniejsze wydawało się zrezygnowanie z prób nawiązania łączności radiowej i wykorzystanie lampy Morse’a. Statek musiał się znajdować niewiele ponad dziesięć mil od „Titanica”!
Uradowany Boxhall, nie tracąc ani chwili, pobiegł do kapitana ze wspaniałą wiadomością: dokładnie przed dziobem „Titanica” jest statek, jakieś pół rumba po lewej! Mogło się to wydawać zbyt piękne, by było prawdziwe, ale tak istotnie było. Niemal w zasię­gu ręki był statek zesłany przez niebiosa na ratunek.
E. J. polecił Boxhallowi za wszelką cenę nawiązać jakiś kontakt z dostrzeżoną jednostką.
- Nadajcie, że toniemy - krzyknął mocnym głosem. - Powiedzcie, żeby się pośpieszyli.
Po otrzymaniu rozkazu Boxhall czym prędzej ruszył po lampę Morse’a. Była w schowku, po lewej stronie mostku kapitańskiego. Po pierwszych sygnałach nie było odpowiedzi, ale niezrażony tym Boxhall nadawał dalej.
Także niektórzy pasażerowie dostrzegli w ciemności jakieś świa­tło, które - jak się zdawało - nie było światłem gwiazdy. Jednym z nich był pułkownik Gracie, który stał właśnie na pokładzie A. W pobliżu zgromadzili się inni pasażerowie, m.in. John Jacob Astor. On jakoś nie mógł dostrzec tajemniczego światła, poprosił więc Gracie’a, by mu je wskazał.
Na poziom górnego pokładu opuszczono jedną z łodzi ratunko­wych i teraz zasłaniała ona nieco pole widzenia, toteż mężczyźni - trzymając się mocno poręczy - wychylili się daleko na zewnątrz. Teraz i Astor dostrzegł jaśniejące w oddali światło. Uradowany, serdecznie podziękował Gracie’owi. Wiadomość szybko rozeszła się wśród pasażerów. Powtarzano sobie z ust do ust, że jakiś statek zbliża się do „Titanica”, nie ma więc powodu do niepokoju - wkrótce wszyscy będą bezpieczni.
W sterówce zadzwonił telefon. Odebrał Boxhall. Dzwonił sternik George Thomas Rowe, zaniepokojony tym, że blisko prawej burty po stronie rufy widział jakąś jednostkę. Od momentu kolizji Rowe miał wachtę na najbardziej wysuniętej części statku, przez co był odcięty od jakiegokolwiek kontaktu z kolegami i pasażerami i nic nie wiedział o rozkazie spuszczania łodzi ratunkowych.
Zdumiony Boxhall najpierw zapytał go o nazwisko, po czym usłyszawszy, że chodzi o sternika, zdał sobie sprawę, że wszyscy zupełnie o nim zapomnieli. Dopiero teraz powiadomił go więc o rozkazie opuszczania szalup ratunkowych z kobietami i dzieć­mi i przy okazji zapytał, czy na rufie są rakiety ratownicze. Rowe przytaknął, na co Boxhall polecił mu przynieść je czym prędzej na mostek. Rowe zszedł więc na niższy pokład do schowka, w którym przechowywano rakiety. Otworzył metalową skrzyn­kę, a przekonawszy się, że zgodnie z przepisami znajdowało się w niej dwanaście rakiet, szybkim krokiem ruszył na mostek z rakietami pod pachą.
Czekając na niego, Boxhałł nadawał sygnały lampą Morse’a, kierując światło na tajemniczy statek w ciemności. Nagle poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. Przez ułamek sekundy w miej­scu, w którym - jak mu się zdawało - znajdował się statek, coś błysnęło. Zaświtała nadzieja, że ktoś odpowiada na sygnały. Po chwili jednak nadzieja prysła. Mimo, że nadawał już od dłuż­szego czasu, odpowiedź nie nadchodziła. Pomyślał, że zapewne było to tylko światło masztowe.

[link widoczny dla zalogowanych]

(U góry) Pani Emily Ryerson należała do tych pasażerów, którzy dopiero w momencie wystrzeliwania rakiet zdali sobie sprawę z tego, że dla "Titanica" nie było nadziei na ratunek. (Poniżej) rysunek ołówkiem wykonany przez kelnera Leo Jamesa Hylanda, przedstawiający ostatnią rakietę wystrzeliwaną w powietrze. Statek ma już spory przechył, a wokół niego na falach oceanu kołyszą się szalupy ratunkowe.

[link widoczny dla zalogowanych]


Czuł się bezsilny i z niecierpliwością oczekiwał przybycia Rowe’a. Kiedy tylko sternik dotarł na mostek, oficer chwycił skrzynkę z rakietami. Był pewien, że rakiety muszą zostać zauważone. Poszedł do kapitana, pokazał mu rakiety i zapytał, czy ma je już wystrzeliwać.
- Wystrzelcie jedną co pięć minut - polecił Mj kapitan Smith, wskazując na horyzoncie punkt, gdzie znajdowało się światło świad­czące o obecności jakiegoś statku. Przepełniony nadzieją, że tym razem się powiedzie, Boxhall umieścił pierwszą rakietę w wyrzutni na prawej burcie i po chwili w niebo strzelił wysoki płomień, który rozprysł się tysiącem różowych iskier. Oświetli­ły one noc niczym ogromny żyrandol, po czym opadły deszczem jarzących się kropli, i które jedna po drugiej nikły w zwierciadle oceanu. Na zdumionych twarzach pasaże­rów, oślepionych niespodziewanym błyskiem, odmalował się przestrach. Rakiety mogły oznaczać tylko jedno.
Teraz nie trzeba już było słów” białe, ostre światło nie pozostawiało wątpliwości "co do sytuacji „Titanica”. W tym momencie
mit o niezatapialności największego trans­atlantyku świata jawił się jako okrutne kłamstwo. Nawet ci, którzy - jak młody Lawrence Beesley - płynęli transatlantykiem po raz pierwszy i nie mieli pojęcia o żegludze, nie potrzebowali dalszych wyjaśnień. Stało się oczywiste, że statek znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie i potrzebuje natychmiastowej pomocy, ponieważ w każdej chwili może pójść na dno i nie będzie nawet czasu na spuszczenie szalup ratunkowych. Emily Ryerson zwróciła się do męża o potwierdzenie ponurych przypuszczeń, które wyraziła chwilę wcześniej.
- Gdyby to nie było konieczne, nie użyliby rakiet.
Jej mąż, Arthur starał się ją jakoś uspokoić. - Nie słyszysz, że orkiestra dalej gra? - zapytał.
Miało to świadczyć o tym, że życie statku toczy się zwykłym rytmem.
Według pani Marthy Stephenson rakiety były dowodem, że zasięg radiostacji „Titanica” okazał się w tej sytuacji nie­dostateczny. Być może pobliskie statki nie odebrały wezwania o pomoc lub może nie były w stanie przybyć na czas, zanim wszystko pogrąży się w otchłani Atlantyku. W niebo wpatrywał się nawet sam prezes White Star Line zdu­miony tą niespodziewaną eksplozją świateł. Jego klejnot - ukoronowanie kariery armatora potrzebował natych­miastowego ratunku.
Tłum pasażerów na pokładach zachowy­wał się dość spokojnie. Po pierwsze, nikt przecież nie miał pojęcia, co robić, a po drugie ewentualne zaczątki paniki skutecznie zażegnał jeden z oficerów, który podchodził do grupek pasażerów zgromadzonych na pokładzie i w salonie pierwszej klasy i wszystkim po kolei oświadczał, że jakiś statek nadpływa na ratunek „Titanicowi”, nie ma więc powodów do niepotrzebnego zdenerwowania.

Błysk rakiet sygnalizacyjnych rozświetlił nocne niebo i z pewnością był widoczny z dużej odległości. Wciąż całkowicie niezrozumiałe pozostaje, dlaczego "Californian" opacznie zrozumiał tak oczywisty sygnał. Ta a także inne niespójności skłoniły niektórych do przekonania, że dostrzeżony z "Titanica" statek to nie był "Californian", lecz jakaś inna jednostka, która z nieznanych powodów oddaliła się, nie zważając na wielokrotnie powtarzane wezwania o pomoc.
[link widoczny dla zalogowanych]

„Californian”
Na pokładzie parowca „Californian” ktoś nadal przyglądał się odległemu transatlantykowi, który zatrzymał się na środku oceanu zapewne po to, by uniknąć niebezpieczeństwa nocnej nawigacji w rejonie pełnym dryfujących tu i ówdzie gór lodo­wych. Ta sama przyczyna skłoniła przecież dowodzącego „Cali- fornianem” Stanłeya Lorda do zastopowania maszyn w oczekiwa­niu na świt, kiedy to miał zamiar wyruszyć w dalszą drogę do Ameryki.
Na mostku stał James Gibson. Od czasu do czasu spoglądał przez lornetkę na światła wielkiego parowca. Można było odróż­nić światła pozycyjne, zwane też postojowymi i światła rufówki. Wydawało mu się jednak, że widzi także jakieś migające światło. Mogły to być sygnały nadawane przy pomocy lampy Morse’a. Podszedł więc do lampy „Californiana” i spróbował odpowie­dzieć. Nie był jednak wcale przekonany, czy z takiej odległości nadawane przezeń sygnały zostaną zauważone. Po chwili prze­stał, doszedłszy to wniosku, że to co widział, było tylko światłem masztowym.
Nie tylko Gibsona zainteresowała ta dziwna jednostka. Także oficer wachtowy, Herbert Stone, co chwilę spoglądał w kierunku tego parowca, od ponad godziny stojącego na środku oceanu. Nagle właśnie z tego statku trysnęło w górę wysokim słupem białe światło rakiety.
- Dziwne - rzekł sam do siebie.
Nie mógł zrozumieć, jaki mógł być powód tego wystrzału. Po chwili doszedł do wniosku, że ponieważ stojący na horyzoncie statek to z pewnością statek pasażerski, zapewne odbywa się tam jakaś zabawa urozmaicona sztucznymi ogniami. Dobrze wiedział, że na pokładach tego rodzaju statków dostarczenie pasażerom rozrywki było podstawowym celem kompanii żeglugowych, toteż wcale go to nie zdziwiło. Przeciwnie, uspokoił się, przeko­nany, że znalazł doskonałe wyjaśnienie.

Ostatnia depesza nadana z "Titanica" przywróciła niejako związek łączący "Olympica" z jej siostrzaną jednostką. Zbudowane niemal jednocześnie w stoczni Harlande & Wolffa w Belfaście statki miały niepodzielnie zapanować na oceanach. Na przeszkodzie tym planom stanęła jednak góra lodowa, dzięki której zarazem narodził się mit "Titanica".
[link widoczny dla zalogowanych]

Woda w korytarzach
Podczas gdy niebo rozświetlały rakiety ratunkowe, wewnątrz statku woda bezlitośnie zdobywała kolejne partie statku.
Jeden z członków załogi, Dent Ray, udał się do swojej kabiny na pokładzie E, usytuowanej po stronie rufy. Chciał stamtąd zabrać płaszcz, bo na pokładzie szalupowym panował dotkliwy chłód i zdążył nieźle przemarznąć. Najkrótsza droga prowadziła przez korytarz wiodący na rufę. Ku swemu ogromnemu zdziwie­niu w pewnym momencie zobaczył, że z przeciwnej strony korytarza płynie ku niemu woda. Także John Poingdestre zszedł na chwilę z pokładu szalupowego. Chciał wpaść na chwilę do kabiny po kalosze, które mogły okazać się bardzo przydatne w razie, gdyby miał stać z nogami w wodzie w jednej z szalup ratunkowych. Jego kabina znajdowała się na pokładzie E, po stronie rufy. Poingdestre wziął kalosze i właśnie miał wracać na pokład szalu­powy, kiedy drewniana ścianka oddzielająca jego kabinę od strefy przeznaczonej dla pasażerów trzeciej klasy pękła i do kabiny wdarła się woda. Po chwili sięgała mu już do pasa. Z trudem, drżąc z zimna, przedarł się przez lodowatą kipiel do pobliskich schodów i wydostał na wyższy pokład.
Woda zalała już całą część rufową. Przelała się nad grodzią wodoszczelną sięgającą pokładu F i powoli zaczynała wypełniać następny przedział. Na pokładzie E płynęła od strony dziobu korytarzem dla załogi, zwanym „Scotland Road”. Korytarz cał­kowicie opustoszał, bowiem zarówno pasażerowie trzeciej klasy, jak i załoga, zgromadzili się na wyższych pokładach w nadziei, że tam znajdą ratunek.
Korytarz wyglądał przerażająco. Na ścianach żarzyły się jeszcze słabe światła, a zielonkawa woda podstępnie wdzierała się do kolejnych kabin.
Tak wyglądała sytuacja o godzinie 0.45, dokładnie w chwili, gdy „Olympic” odebrał wreszcie wezwanie o pomoc nadane przez bliźniaczy transatlantyk.

W następnym numerze między innymi: Numer 6: kolejna szalupa na oceanie. Pani Smith wstawia się za mężem.

Źródło: "Titanic" zbuduj sam. Kolekcja Hachette.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Kobra83 dnia Nie 17:40, 16 Wrz 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu    Forum TITANIC - forum o Titanicu Strona Główna -> Artykuły o Titanicu / Kolekcja Titanica Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

Bright free theme by spleen stylerbb.net & programosy.pl
Regulamin